W środową noc w NBA grała prawie cała liga, jako że w czwartek Amerykanie obchodzą Święto Dziękczynienia. Na dzień przed uroczystym świętem liga zaplanowała więc m.in. dwa powroty – do swoich byłych miast mieli wrócić Anthony Davis oraz Kyrie Irving. Koniec końców z tej dwójki comeback zaliczył tylko Davis, a przy absencji Irvinga błyszczał ten, który w Bostonie go zastąpił – Kemba Walker, także wracający, ale do gry po kontuzji.

To był wielki mecz Kemby Walkera, który przecież ledwie pięć dni temu w Denver opuszczał parkiet na noszach, leżąc nieruchomo po zderzeniu z kolegą z drużyny. Wtedy wszyscy zastanawiali się, co tak właściwie się stało i czy ten uraz jest tak poważny na jaki wyglądał – a samo zdarzenie było po prostu straszne. Na całe szczęście okazało się, że nic poważnego się nie stało, a Walker mógł nawet zagrać w poniedziałkowym meczu Boston Celtics z Sacramento Kings, lecz koniec końców zachowano ostrożność. 29-latek wrócił więc do gry w środę na mecz z Brooklyn Nets i skradł show w spotkaniu, które miało być powrotem Kyrie’ego Irvinga do Beantown. Uncle Drew od jakiegoś czasu zmaga się jednak z urazem ramienia i pauzuje już od kilku meczów, dlatego do Bostonu nie przyjechał wcale.

Ale patrząc przez pryzmat faktu, że Irving rzadko kiedy wybierał się do Cleveland po tym jak odszedł z Cavaliers do Celtics to trudno było się spodziewać, by Kyrie – nawet w zdrowiu – pojawił się w TD Garden. Kibice nawet przy jego nieobecności dali mu znać co o nim sądzą (były m.in. okrzyki “Kyrie sucks!”), a sam zainteresowany dał potem upust emocjom na instagramie. To jednak ostatecznie nie on, lecz Kemba Walker – czyli ten, który Irvinga w barwach Celtics zastąpił – był bohaterem wieczoru. Walker po powrocie do gry zdobył aż 39 punktów (to jego najlepszy w tym sezonie wynik), trafiając piętnaście z 24 rzutów z gry, w tym sześć z dziesięciu trójek. Do spółki z Jaylenem Brownem i Jaysonem Tatumem poprowadził Celtów do zwycięstwa 121-110, dzięki czemu Bostończycy pozostali niepokonani u siebie (bilans siedmiu wygranych i ani jednej porażki).

Dziewięć wygranych z rzędu na koncie ogólnie mają za to Los Angeles Lakers, którzy w środę ograli New Orleans Pelicans. Był to mecz wyjątkowy szczególnie dla Anthony’ego Davisa (choć w barwach Pels też zagrało kilku graczy, którzy zmierzyli się z byłym klubem), który nie został ciepło przywitany przez kibiców z Nowego Orleanu. Nic zresztą dziwnego, bo podobnie jak w przypadku Irvinga, pożegnanie się z klubem nie odbyło się w miłej atmosferze. AD nic sobie jednak z buczenia czy gwizdania nie robił i zaliczył świetny występ, zdobywając aż 41 oczek – to najlepszy wynik punktowy zawodnika w pierwszym starciu ze swoim byłym zespołem. Davis poprawił tym samym rekord trójki zawodników. Są to Kevin Durant (39 oczek przeciwko Oklahoma City Thunder w 2016 roku), Stephon Marbury (39 oczek przeciwko Minnesota Timberwolves w 2000 roku) oraz Danny Ainge (39 oczek przeciwko Boston Celtics w 1989 roku). Warto dodać, że LeBron James – zdobywca 29 punktów w tym meczu – jako czwarty zawodnik w historii ligi przekroczył granicę 33 tysięcy punktów zdobytych w sezonie regularnym.

Garść innych informacji z poprzedniej nocy w NBA:

  • Carmelo Anthony zaliczył jeden z najlepszych swoich meczów w karierze pod względem skuteczności i trafił dziewięć z jedenastu rzutów, dzięki czemu zdobył 19 oczek, a Portland Trail Blazers ograli Oklahoma City Thunder.
  • Po najsłabszym meczu w karierze i pierwszym bez ani jednego punktu na koncie Joel Embiid odbił się od dna w starciu z Sacramento Kings i zaliczył 33 punkty oraz 16 zbiórek, a jego Philadelphia 76ers pozostają niepokonani w domowej hali (osiem kolejnych zwycięstw).
  • Steve Kerr tak się sfrustrował w meczu między Golden State Warriors i Chicago Bulls, że ze złości cisnął ręką w swoją trenerską tabliczkę – na tyle mocno, że polała się krew. Na razie nie wiadomo, czy potrzebne będą szwy. Jego podopieczni wzięli się koniec końców w garść i ograli rywala, wygrywając dopiero czwarty w trwających rozgrywkach mecz.