Za nami już połowa sezonu i mamy bardzo dobrego kandydata do rzutu rozgrywek w NBA. Bojan Bogdanović w fantastyczny sposób zapewnił Utah Jazz zwycięstwo nad Houston Rockets, trafiając z niezwykle trudnej pozycji równo z syreną. Jak sam przyznał, było to dla niego ogromne zaskoczenie, że trener zdecydował się wpuścić go na parkiet na ostatnią akcję meczu, bo wcześniej Chorwat zdobył zaledwie pięć oczek.

To nie są łatwe dni dla Utah Jazz, którzy po znakomitej serii spotkań ostatnio grają mocno w kratkę. W niedzielę byli o krok od kolejnej porażki, tym razem przeciwko Rockets w Houston. Na zegarze zostało kilka sekund, a gospodarze prowadzili 113-111. W takiej chwili potrzeba kogoś, kto ma nerwy ze stali i będzie potrafił zdobyć punkty. Jednak sam Bojan Bogdanović nie przypuszczał, że to on może być tym zawodnikiem, tym bardziej, że wcześniej rozgrywał po prostu kiepski mecz – do tej ostatniej akcji miał tylko pięć punktów i spudłował pięć z sześciu rzutów, a jedna z jego prób za trzy nie doleciała nawet do obręczy, bo odbiła się od… boku tablicy. Ale w najważniejszym momencie trener Quin Snyder tak czy siak zaufał swojemu zawodnikowi, a to się Jazzmanom opłaciło.

Bogdanović oddał bardzo trudny rzut z odległości niemal 30 stóp, a na dodatek było przy nim dwóch zawodników Rockets. Piłka jakimś cudem znalazła jednak drogę do kosza niemal równo z syreną, a zawodnicy Jazz wybuchnęli ekstazą radości. Był to już drugi game-winner Chorwata w tym sezonie – pod tym względem nikt w trwających rozgrywkach nie może się z nim równać. Bogdanović po raz kolejny pokazał więc, że naprawdę ma nerwy ze stali i nawet przy słabszej dyspozycji można mu w takim momencie zaufać. Wiedzą o tym jego koledzy z zespołu, którzy zgodnie powtarzają, że 30-latek to najlepszy strzelec w ich drużynie i ktoś, komu będą w tego typu sytuacjach ufać. Warto dodać, że rzut Bogdanovica przyszedł w niezwykle ważnym meczu: Jazz dzięki niemu zachowali czwartą pozycję w konferencji zachodniej i nadal mają małą przewagę nad Rockets, którzy są na piątym miejscu.

Pozostałe informacje z końca tygodnia w NBA:

  • Siódme zwycięstwo z rzędu odnieśli koszykarze Boston Celtics, wygrywając jednym punktem w Oklahomie, choć nie obyło się bez nerwów – Celtowie mieli w końcówce nawet dziewięć punktów przewagi, lecz seria błędów spowodowała, że Thunder wrócili jeszcze do gry. Koniec końców niezwykle ważny przechwyt zanotował jednak Marcus Smart, ratując tym samym Bostończyków. 27 oczek dla zwycięzców zdobył Kemba Walker.
  • Jeszcze więcej emocji było w Atlancie, gdzie Hawks przerwali serię czterech kolejnych zwycięstw Knicks (była to ich najdłuższa taka seria od 2017 roku) i wygrali po dwóch dogrywkach. Aż 48 punktów oraz 13 asyst zdobył dla gospodarzy Trae Young.
  • Pierwsze triple-double w karierze zaliczył w niedzielę Ja Morant, który poprowadził Memphis Grizzlies do zwycięstwa nad zespołem Washington Wizards. Młody rozgrywający zapisał na konto 27 punktów, dziesięć zbiórek oraz dziesięć asyst i popisał się bardzo skuteczną grą w czwartej kwarcie, dzięki czemu Grizzlies odrobili straty i wygrali w stolicy Stanów Zjednoczonych.
  • Koszmarny występ kilka dni temu w Minneapolis powetowali sobie w niedzielę zawodnicy Los Angeles Clippers, którzy roznieśli w pył Cleveland Cavaliers i wygrali różnicą 41 punktów pomimo absencji Kawhi Leonarda. Dziesięć oczek w debiucie w barwach LAC zdobył Marcus Morris.
  • Swój debiut w niedzielę zaliczył też Andre Iguodala, który wybiegł na parkiet po raz pierwszy w tym sezonie. Nie uchronił on jednak Miami Heat przed porażką z drużyną Portland Trail Blazers. Obie drużyny trafiły łącznie aż 39 trójek!