Gdy w piątek Patryk Lipski po pięćdziesięciu kilku sekundach gry umieścił piłkę w bramce Słowaków, przez głowę przemknęła mi myśl, że jednak ta nasza młodzieżowa reprezentacja jest tak mocna, jak to media zapowiadały. No bo żeby strzelić bramkę w pierwszej minucie gry na dużym turnieju, we własnym kraju, przy dużej publiczności i sporej presji, to coś potrafić trzeba. Jak wszyscy wiemy, późniejsze 89 minut brutalnie zweryfikowały oczekiwania i nadzieję wielu z nas.

Lecz zostańmy jeszcze przez chwilę przy tej wspaniałej pierwszej minucie. Wszystko wyglądało tak, jak gdyby Polacy byli niesamowicie pewni siebie, jak gdyby od samego początku interesowały ich tylko trzy punkty i jak gdyby nic innego nie mogło się wydarzyć. Po bramce uznałem również, że nawet brak Zielińskiego i Milika nie był w stanie zachwiać tą kadrą, że jest tak wyrównana, że z grupy bez problemu wyjdzie nawet bez dwóch największych gwiazd. Miałem wrażenie, że nasza młodzież zapomniała, że jest grupą niedoświadczonych piłkarzy, która w sumie jeszcze niczego nie osiągnęła.

Patryk Lipski w meczu ze Słowacją

Nie można powiedzieć, że później wszystko się zepsuło, bo nie wiemy, czy cokolwiek w ogóle działało, gdyż przez pierwsze dwie minuty meczu Słowaków nie było na boisku. Nie to, że aż tak ich zdominowaliśmy, a po prostu nasi sąsiedzi najwyraźniej zapomnieli, że już czas zacząć grać w piłkę. Gdy Słowacy wreszcie się obudzili z tej krótkiej drzemki, Polacy z miejsca stali się wolniejsi, słabsi, wystraszeni i nieporadni. Czterdziestometrowe podania do nikogo irytowały równie mocno, co beznadziejne przyjęcia piłki. Najbardziej niezrozumiały był jednak dla mnie fakt, że żaden z naszych piłkarzy nie próbował wziąć na siebie ciężaru gry. Nie mówię nawet o odpowiedzialności za drużynę, a o zwykłym egoizmie. Przecież wielu z tych chłopaków nigdy nie będzie miała lepszej szansy na pokazanie się Zachodowi niż w czasie Euro U21, kiedy to na trybunach siedzą scouci połowy europejskich klubów.

Tymczasem na tle Polaków Stanislav Lobotka wyglądał jak połączenie Iniesty z Kante, Milan Skriniar jak nowy Nesta, a Pavol Safranko jak biały Drogba. A to wszakże młodzi Słowacy, o których zdecydowana większość z nas nigdy wcześniej nie słyszała. Skąd więc taka różnica w poziomie gry? Polaków już w czasie meczu nieśmiało tłumaczyć próbował Mateusz Borek. U podstaw dobrej formy naszych sąsiadów z Południa leżeć miał fakt, że wielu z nich rozegrało w sezonie ponad trzydzieści spotkań i dzięki temu są w rytmie meczowym. Borek niestety sam podważył swą argumentację, mówiąc, że w naszej kadrze jedynie Karol Linetty wystąpił w takiej liczbie meczów, przez co… jest zmęczony. Albo ktoś zatem stosuje podwójne standardy, albo po prostu Słowacy jako ludzie różnią się od Polaków i są odporniejsi na przemęczenie, a ja jako ignorant nie miałem o tym pojęcia.

Karol Linetty

Zatrzymajmy się teraz przy zmęczeniu właśnie, bo mam wrażenie, że to jedna z głównych cech całego turnieju w Polsce. Często, niestety, czuję, że oglądam nie młodych chłopaków, a emerytów. Miałem takie wrażenie, oglądając Anglików, Polaków czy Serbów. Rzecz jasna nie wymagam cudów od zaczynających kariery piłkarzy, ale chętnie zobaczyłbym jakiekolwiek oznaki zaangażowania, próbę walki czy chęć do biegania. To przykre, gdy ma się odczucie, że ten turniej dla niektórych zawodników jest przykrym obowiązkiem. Biegają z szybkością oldboyów i walczą z zaangażowaniem grubego, wąsatego Hiszpana, który korzysta ze sjesty. Jeśli nie potrafią cieszyć się piłką w takim wieku, to jak będą wyglądały ich dalsze kariery? Oczywiście wielu piłkarzy pokazuje się z jak najlepszej strony, ale to właśnie ta druga, mniej ambitna grupa psuje nieco obraz całego turnieju. Zbyt wielu z nich najwyraźniej uwierzyło w swoją wielkość, lecz wielcy piłkarze nie grywają w młodzieżowych turniejach, wielcy piłkarze co najwyżej na takich się rodzą.

Takich gwiazdek znalazło się kilka także w naszej reprezentacji. Po meczu Marcina Dornę krytykowali Krystian Bielik i Krzysztof Piątek. Szczególnie słowa Bielika były równie głupie, co odważne. Młody obrońca skrytykował formę treningów prowadzonych przez Dornę. Wypowiedź ta była o tyle dziwna, że nawet piłkarze z najwyższej półki ze słowami krytyki wobec trenera czekają zwykle do jego odejścia. Tak było na przykład w przypadku Louisa Van Gaala, którego piłkarze United krytykować zaczęli dopiero po zwolnieniu Holendra. Rozsądny piłkarz zdaje sobie bowiem sprawę z dwóch rzeczy: po pierwsze, taka krytyka nikomu nie pomaga i przede wszystkim takie kwestie rozwiązuje się w szatni; po drugie, zawodnik krytykujący trenera w mediach przeważnie zmniejsza swoje szanse na grę…

Marcin Dorna

– “Krystian poprosił o spotkanie z zespołem i sztabem szkoleniowym” – powiedział Dorna na konferencji prasowej. – “Doszło do niego wczoraj wieczorem. Przeprosił za swoje słowa i myślę, że temat należy uznać za zamknięty. Jesteśmy w przededniu meczu ze Szwecją i to jest dla nas teraz najważniejszą sprawą”. Pewnie jest tak, jak mówi trener – sprawa jest zamknięta, Bielik więcej nie będzie krytykował w mediach. Wygląda, jak gdyby wszystko miało wrócić do normy, ale myślę, że warto się zastanowić nad pozycją i autorytetem Dorny. Wcześniej pisałem o Van Gaalu, ale nawet Davida Moyesa nikt nie odważył się skrytykować, zanim ten nie pożegnał się z Old Trafford. Jaki zatem wpływ na zawodników ma selekcjoner młodzieżowej reprezentacji, skoro otwarcie krytykuje go najmłodszy z jego piłkarzy? Myślę, że warto wziąć to pod uwagę, gdy zacznie się dyskusja nad przyszłością Dorny. Oczywiście w całej tej sytuacji nie ma jego winy, ale wszystko to dużo nam mówi o cechach jego charakteru i sposobie zarządzania. Młodym zawodnikom potrzebny jest ktoś, kto nie da wejść sobie na głowę, kto będzie umiał krzyknąć i skarcić, gdy trzeba. Nie można być tylko fajnym gościem. Przypomnijcie sobie, kto wyciągał z was najwięcej w szkole średniej. Fajny nauczyciel wuefu czy znienawidzona baba od maty?

Z tej samej konferencji dowiadujemy się też między innymi o tym, że występ Bartosza Kapustki stoi pod znakiem zapytania, co – prawdę mówiąc – jakoś niespecjalnie mnie przejmuje. Nikomu nie życzę kontuzji, ale brak zawodnika (a raczej członka kadry) Leicester może nam wyjść na dobre. Kapustka był beznadziejny w meczu ze Słowakami i dziś nie powinien wyjść na boisko, nawet gdyby był w pełni zdrowia. Dorna rzecz jasna nie pozwoli sobie na zbyt wiele zmian, bo będzie chciał pokazać swoje zaufanie do tych, którzy przegrali pierwszy mecz, a poza tym na ławce niewielu jest takich, którzy mogliby zagrać lepiej. Musimy zatem liczyć na to, że mecz ze Słowacją to wypadek przy pracy. Miejmy jedynie nadzieję, że najlepszym Polakiem na boisku nie będzie dziś Paweł Cibicki.