W dziewiątym meczu swojej wciąż młodej kariery Zion Williamson przekroczył wreszcie granicę 30 oczek. Udało się to w starciu z Portland Trail Blazers, które Williamson będzie bardzo miło wspominał także ze względu na łatwe zwycięstwo New Orleans Pelicans. Jak sam przyznał jednak po meczu, tak dobry jego występ jest dla niego sporą niespodzianką.

Trudno jednak traktować taki mecz w wykonaniu Ziona Williamsona w kategorii niespodzianki – od początku wiadomo było, że skrzydłowego stać na wielkie rzeczy i w zasadzie kwestią czasu był tak dobry jego występ. 19-latek zakończył zmagania z dorobkiem 31 punktów, dziewięciu zbiórek oraz pięciu asyst, a wszystko to w zaledwie 28 minut gry. Nikogo w szatni Pelicans to nie dziwi, a Jrue Holiday uważa na przykład, że w NBA nie ma zawodnika, który mógłby przeciwstawić się Williamsonowi. Numer jeden draftu z ubiegłego roku jest zbyt silny dla mniejszych defensorów i zbyt szybki dla wysokich. We wtorek ani Hassan Whiteside, ani też Carmelo Anthony czy Trevor Ariza nie byli odpowiedzią na poczynania Ziona. Warto jednak podkreślić to, co wciąż powtarzają koledzy Ziona z Pelicans: 19-latek będzie jeszcze lepszy.

Wszak pierwszoroczniak stracił połowę sezonu z powodu kontuzji i wszedł do gry w trudnym momencie, kiedy Pelicans złapali dobry rytm. Początki nie były więc łatwe, ale teraz drużyna z Nowego Orleanu ma na koncie trzy zwycięstwa z rzędu i nadal nie traci nadziei na awans do fazy play-off. Z kolei sam Zion cały czas może być w jeszcze lepszej formie, dlatego też tego typu występy jak przeciwko Blazers naprawdę mogą robić wrażenie. Williamson jest pierwszym od czasów Allena Iversona w 1996 roku numerem jeden draftu, który tak szybko zaliczył mecz na co najmniej 30 oczek. Dodatkowo, skrzydłowy Pels został też pierwszym debiutantem od 1977 roku, który zdobył co najmniej 30 punktów, pięć zbiórek oraz pięć asyst w mniej niż pół godziny gry! Wszystko to sprawia, że w Nowym Orleanie mogą być optymistami, a jak mówi trener Alvin Gentry – jego podopieczny będzie latał jeszcze wyżej.

Pozostałe informacje z wtorkowej nocy w NBA:

  • Na wyjazdach mają ogromne problemy, ale u siebie nadal dominują. Philadelphia 76ers wygrali we wtorek z Los Angeles Clippers i było to już ich 25 zwycięstwo w 27 meczach w Filadelfii. 26 punktów zdobył Joel Embiid, a okazałe triple-double zaliczył Ben Simmons (26 punktów, dwanaście zbiórek oraz dziesięć asyst). Co ciekawe, część fanów wybuczała Embiida podczas przedmeczowej prezentacji, a jest to efekt ostatnich zawirowań wokół jego osoby. Kameruńczyk odpowiedział jednak bardzo dobrym występem, a po spotkaniu zapewniał, że kocha Filadelfię i nie może się doczekać wspaniałej przyszłości.
  • Lekka zadyszka dopadła koszykarzy Oklahoma City Thunder, którzy we wtorek przegrali drugie kolejne spotkanie i po raz kolejny zawiedli kibiców w swojej własnej hali. Na nic zdał się świetny występ Chrisa Paula (31 punktów, siedem asyst), bo lepsi okazali się być San Antonio Spurs – zespół z Teksasu mógł liczyć przede wszystkim na Dejounte Murraya oraz LaMarcusa Aldridge’a (obaj zdobyli po 25 oczek).
  • Dobrych humorów nie mieli też we wtorek gracze Boston Celtics, bo przerwana została ich seria siedmiu kolejnych zwycięstw. Wszystko za sprawą znakomitej postawy Jamesa Hardena (42 punkty) oraz Russella Westbrooka (36 punktów) – to głównie dzięki nim Houston Rockets ograli Bostończyków i nadal pozostają w walce o czołowe lokaty w konferencji zachodniej.