Jagiellonia Białystok pokonała Legię Warszawa 1:0 w hicie 10 kolejki LOTTO Ekstraklasy. Białostocczanie przełamali złą passę, jaką mieli z tym rywalem u siebie po kapitalnym trafieniu Fedora Cernycha. Całe spotkanie nie porwało. Pomimo tego, że zmierzył się mistrz z wicemistrzem to nie było boiskowych fajerwerków, a raczej nudne flaki z olejem. Gdyby nie fantastyczne trafienie z końcówki to nie znalazłbym ani jednego powodu, dla którego warto było oglądać ten mecz.

Legioniści przystępowali do tego pojedynku, żeby podtrzymać dobrą passę na stadionie w Białymstoku. Nie przegrali na tym ciężkim terenie od sześciu spotkań. Już w drugiej minucie gospodarze mogli rozpocząć tę rywalizację z wysokiego C, ale znakomitą kontrę 3 vs 2 zmarnował Łukasz Sekulski, który zastępował Cyliana Sheridana. Autorem straty był Thiabult Moulin, Francuz z pewnością nie zaliczy ostatniego czasu do udanych, pomimo tego, że zdobył zwycięską bramkę z Cracovią. Pierwsze minuty stały pod znakiem niedokładności, gdzie oba zespoły gubiły się przy wysokim pressingu rywala. Zagrożenie numer jeden w tym spotkaniu stworzyli piłkarze Irenusza Mamrota, którzy po rzucie wolnym mieli dobrą okazję z główki, ale przenieśli piłkę ponad poprzeczką bramki Malarza. Na ripostę ze strony Legii nie trzeba było długo czekać. Michał Kucharczyk ustawiony w tym spotkaniu na lewym skrzydle, by schodzić do środka i próbować uderzeń z dystansu, zgubił krycie i oddał groźne uderzenie, ale Węglarz sparował piłkę na rzut rożny. Od tego momentu zaczęła się zarysowywać przewaga piłkarzy Romeo Jozaka, którzy przesuwali grę coraz bliżej pola karnego rywala. Efektem tego była próba z 16 minuty, kiedy Dominik Nagy strzałem nożycami spróbował pokonać bramkarza gospodarzy, ale zabrakło celności. Jagiellonia miała spore problemy z przenoszeniem gry na skrzydła, a przecież dysponowali tam ogromną szybkością w osobach Cernycha czy Frankowskiego. Niebezpieczny strzał oddał kilka chwil później Pospisil, który był jednym z jaśniejszych ogniw Jagi. Praktycznie wszystkie akcje przechodziły przez tego gracza, ale trzeba przyznać, że po okresie przewagi gości, to właśnie gospodarze starali się przejąć inicjatywę. Po pierwszych 25 minutach to spotkanie wyglądało na rywalizację dwóch, dobrze znających się bokserów, którzy czekają na błąd rywala, by wykonać uderzenie. Najlepszą okazję z kontry stworzyli sobie Legioniści. Po znakomitej wymianie piłek na jeden kontakt, Hlousek dośrodkował, a Hamalainen mając ogromną ilość miejsca i czasu oddał słaby strzał, z którym nie miał najmniejszych problemów Węglarz.

Legia stawiała na grę lewą stroną, gdzie bardzo dobrze prezentowali się Kucharczyk i Hlousek. Druga flanka w osobach Jędrzejczyka i Nagy’ego była wygaszona w pierwszej części meczu. Oba zespoły bały się otworzyć przez co cierpiało widowisko, jednak takiego scenariusza można było się spodziewać. Pomysł na grę piłkarzy Jozaka był klarowny, eksponować lewą flankę i dziwi mnie, że Irenusz Mamrot nie postawił na szybkie przenoszenie gry na prawe skrzydło, a gdy już do tego dochodziło było groźnie pod bramką Wojskowych. Łukasz Sekulski nie spełniał pokładanych w nim nadziei. Sheridan często służył zespołowi jako Target Man, do którego można było śmiało zagrywać piłki i być pewnym ,że ich nie straci. Niestety Polak nie dawał tyle jakości, więc ta zmiana trenera musi być oceniona negatywnie. Obie drużyny obdarzyły się zbyt dużym szacunkiem, w myśl zasady na zero z tyłu, a z przodu coś wpadnie. Z dużej chmury mały deszcz, tymi słowami można najlepiej podsumować pierwszą część tej rywalizacji.

Po zmianie stron znowu rozpoczęło się od chaosu i sporej walki w środku. Serca kibiców Jagi stanęły, gdy Węglarz postanowił rozegrać grę od tyłu, zagrywając piłkę pomiędzy dwóch zawodników Legii, gdyby byli sekundę szybsi to z dostaliby bramkę w prezencie. W drugiej części zdecydowanie zniknęła dziesiątka w układance Mamrota. Pospisil był pod grą przez pierwsze 45 minut, a później całkowicie wyłączył się z tego meczu. W 65 minucie Legia rozegrała fatalnie stały fragment, po czym kolejną kontrę 2 na 1 mieli gospodarze. Niestety dla Ireneusza Mamrota, Cernych zagrał do Sekulskiego za plecy, co nie pozwoliło napastnikowi, by otworzyć to spotkanie. Mówiąc krótko, zabrakło truskawki na torcie. Aż do 87 minuty byliśmy świadkami szachów z jednej i drugiej strony. Kluczowym momentem byłą solowa akcja Fedora Cernycha, który zdjął pajęczynę w bramce Malarza. Skrzydłowy Jagi zszedł do środka i oddał strzał, dla którego warto było oglądać te szachy przez 90 minut.

Spotkanie, które było zapowiadane jako rywalizacja mistrza kraju z wicemistrzem rozczarowało. Oba zespoły bały się zaryzykować. Tabela determinowała taki obraz meczu, co jest bardzo dziwne, bo na takim etapie sezonu nie powinno się kalkulować tylko grać o pełną pulę. Jagiellonia może zamknąć książkę pod tytułem „Nie możemy pokonać Legii u siebie”. Po sześciu latach udało im się w końcu przełamać złą serię. Gra może nie porywała, ale liczy się zwycięstwo. Mam wrażenie, że pierwszą kwestią, którą zajął się Romeo Jozak po objęciu sterów, to ogarnięcie gry defensywnej. W tej formacji piłkarze ze Stolicy wyglądali na naprawdę solidnych, dopóki nie dostali bramki od Cernycha. Jednak takie strzały wychodzą zazwyczaj raz, może dwa w sezonie. Uderzenie nie do obrony, na które nie ma ratunku. Jedyne co może trener zarzucić w takiej sytuacji swojej obronie to brak sfaulowania przeciwnika przed strzałem. Mimo wszystko, na grę ofensywną ciężko było patrzeć. Poza lewą stroną, która szalała w pierwszej połowie, nie było ani jednego argumentu, który przemawiałby za tezą, że wszystko idzie w dobrym kierunku.

Konferencja prasowa:

Romeo Jozak: Gratuluję Jagiellonii zdobycia trzech punktów. Rywale pokazali dobrą organizację gry oraz byli dobrze prowadzeni na trenera. Mieliśmy plan, by wygrać w Białymstoku, a zasługiwaliśmy przynajmniej na punkt. Przed nami sporo pracy. Ten mecz to dla nas dobra lekcja. Pierwszą rzeczą, którą powiedziałem w szatni w trakcie przerwy, to ta, że widziałem drużyny lepsze na boisku, a traciły bramki w końcówce. Obawiałem się tego i tak się stało. Jestem pewny, że będzie lepiej. Chcemy zdobyć mistrzostwo Polski i… zdobędziemy je. 

Ireneusz Mamrot: Wydaję mi się, że pod względem taktycznym rozegraliśmy chyba najlepszy mecz w sezonie. To spotkanie, w którym nie było czystych sytuacji do strzelenia goli, ale jednocześnie kibice zobaczyli niezłe tempo rozgrywania akcji. Fani stworzyli fantastyczną atmosferę i mogę im podziękować, a warto było dla nich przyjść choćby po to, by zobaczyć fantastyczną bramkę Fedora Czernycha.