Muszę przyznać, że mimo wszystko czasem zdarzy mi się przeczytać tekst traktujący o sporcie, najczęściej o piłce. Co więcej, niekiedy tak się złoży, że jest to dzieło byłego sportowca i przeważnie poziom tego typu pisaniny to raczej Łysa Góra niż Mont Blanc. Najczęściej z lektury takiej można się dowiedzieć czegoś, co wszyscy wiedzą od przynajmniej kilku miesięcy. Lecz są wyjątki i zdarzy się, że były sportowiec próbujący sił w publicystyce, niechcący ujawni swe prawdziwe, szczere myśli.

Ostatnio trafiłem na tekst Jamiego Carraghera, który zostawszy ekspertem telewizyjnym, postanowił sprawdzić się w roli felietonisty, a gazeta “Daily Mail” dała stałą kolumnę. Kilka dni temu zajął się stanem zdrowia psychicznego piłkarzy, a asumpt do podjęcia tego tematu dały mu wydarzenia związane z Aaronem Lennonem, piłkarzem Evertonu. Lennon chodził poboczem ruchliwej drogi, skąd na podstawie ustawy o zdrowiu psychicznym zabrała go policja. Mówi się, że Brytyjczyk miał myśli samobójcze.

Biorąc to za podstawę swych rozmyślań, Carragher stara się dowieść, że kariera piłkarza to prawdziwe męczarnie. Pisze: “niech to posłuży za przykład cierpienia, jakie związane jest z byciem profesjonalnym piłkarzem”. Wygląda na to, że były piłkarz Liverpoolu stara się nas przekonać, iż cierpienie jest nieodłącznym elementem życia piłkarzy. Być może naczytał się ostatnio Schopenhauera, choć bardziej prawdopodobne, że istotnie uważa, iż być piłkarzem, oznacza cierpieć.

Jamie Carragher Sky Sports

I właśnie to zwróciło moją uwagę. “Cierpienie”, wielkie słowo, rozchwytywane w obecnych czasach. Jedni cierpią, bo zakochali się bez wzajemności, inni, bo złamali nogę, kolejni, bo wzięli kredyt we frankach, a jeszcze inni, bo są piłkarzami. Zdaje się, że każdy chce cierpieć, każdy chce mieć uzasadnienie do przeklinania swego losu. Podejrzewam, że Carragher nie znalazłszy konkretnych powodów do cierpienia, uznał, że cierpienie zawiera się w tym, kim jest.

Rzecz jasna, nie zamierzam tutaj dołączyć do grupy ludzi, którzy twierdzą, że piłkarze, zarabiając setki tysięcy euro tygodniowo, nie mają prawa do narzekań. Wyobrażam sobie, że nawet Bill Gates potrafi od czasu do czasu zwątpić w swoje szczęście, gdy na przykład oddala się od tak zwanych “prawdziwych” i “wielkich” wartości jak miłość, rodzina, uczciwość i cała reszta, której uczymy się w klasach 1-3. Jakkolwiek muszę zadać pytanie, czy cierpienie rzeczywiście może być inherentną częścią żywotu grupy, której członkowie zarabiają kilkadziesiąt lub nawet kilkaset razy więcej niż przeciętny człowiek, są niemal czczeni na całym świecie, tysiące ludzi darzą ich dożywotnim szacunkiem, mają najpiękniejsze kobiety, najwytworniejsze wille i najszybsze samochody? Życie większości profesjonalnych piłkarzy to stałe realizowanie swych marzeń, gdyż śnili właśnie o tym, by grać przed i dla tłumów.

Nie piszę tego tylko dlatego, że jeden Carragher poruszył ten temat. Całkiem często usłyszeć można, że życie piłkarza to ciągła presja, że to wcale nie tak łatwo radzić sobie z wymaganiami. Pisze o tym także Carragher. Gdy słyszę podobne słowa, od razu w głowie pojawiają mi się słowa Jose Mourinho. “Presja? – pytał retorycznie Portugalczyk po dwóch porażkach z rzędu. – Jaka presja? Presję odczuwają miliony ludzi na świecie, którzy nie mają pieniędzy, by kupić swoim dzieciom jedzenie. To jest presja. Nie w futbolu”.

Rzadko to robię, ale w tym przypadku zgadzam się z Mourinho. Bo jeśli futbol wiąże się z tak wielką presją, jak to przedstawiają piłkarze i trenerzy, to dlaczego nie widać zawodników, którzy, ze względu na presję właśnie, kończą swą karierę w wieku, powiedzmy, dwudziestu ośmiu lat? Większość piłkarzy najwyższych lig w takim wieku ma już na kontach miliony euro, więc mogliby spokojnie żyć na takim samym poziomie, lecz bez presji.

Jamie Carragher w Liverpoolu

Nie widzimy tego, bo z samą piłką nie wiąże się praktycznie żadna presja. Piłkarz wychodzi i gra, nieważne czy dobrze czy źle. To nie wpłynie na jego sytuację tak długo, jak długo obowiązuje jego kontrakt. Ucieszy lub zirytuje tysiące fanów, trafi na czołówki gazet, lecz tydzień później nikt już o tym nie pamięta, bo wszyscy mówią już o kimś innym. Zresztą tutaj piłka przypomina politykę. Są to dwie dziedziny, w których można zupełnie nie spełniać swych obowiązków, a zarabiać tyle samo, co najlepszy w branży. Prawie nigdzie płace profesjonalnych piłkarzy nie są uzależnione od wyników. Czy Wayne Rooney zasługuje obecnie na 250 lub 300 tysięcy funtów tygodniowo? Czy Carlos Tevez powinien zarabiać te niemal 40 milionów dolarów rocznie? Przykład Premier League – gdy podpisano nowy kontrakt dotyczący praw do transmisji, pensje piłkarzy z miejsca wzrosły, mimo że poziom ich gry prawdopodobnie w ogóle się nie zmienił.

Wróćmy jednak do Carraghera. Śmiem wątpić w to, czy rzeczywiście chciał użyć słowa tak wielkiego, jak “cierpienie”. Zakładam, że pchnęła go do tego sytuacja Lennona i jego problemy psychiczne. Samobójstwo już nie raz przedstawiano nam w literaturze jako efekt wielkiego cierpienia. Carragher mógłby zatrzymać się na swych banalnych, ale mądrych słowach, że piłkarz to zwykły człowiek, a zwykły człowiek może nie radzić sobie z wieloma sytuacjami i ma prawo cierpieć. Niestety, poszedł dalej. A mam wrażenie, że zrobił to dlatego, iż ma wyrzuty sumienia. Wyrzuty sumienia, bo piłka to nie jest poważny zawód. To hobby, za które co roku dostaje się miliony euro, to życie, dzięki któremu problemy większości ludzi stają się obce. Owszem, można nie dogadywać się z żoną i cierpieć z powodu rozwodu lub choroby dziecka, ale nigdy za bezsennością nie będą stały wątpliwości co do rodzinnego budżetu. Carragher nigdy nie musiał martwić się o to, że nie starczy pieniędzy do końca miesiąca, bo trzeba było kupić leki dla dziecka lub wymienić odkurzacz.

O presji w futbolu zazwyczaj mówią albo ci, którym nie idzie i przez to zagrożona jest ich posada, albo ci, którzy w pewnym momencie dostrzegają – świadomie lub nie – że nie robią nic ważnego i próbują, przekonując innych, że jest inaczej, przekonać do tego również samych siebie.

Tekst Jamiego Carraghera dołącza do tych, które tworzą z piłkarzy swego rodzaju męczenników, którzy co tydzień wychodzą na arenę nie dla przyjemności, a dla… właśnie, czego? Dla pieniędzy? Dla kibiców? Czyżby piłkarze naprawdę się aż tak dla nas poświęcali? Wygląda na to, że gdy następnym razem spotkacie swego idola, to powinniście mu za to podziękować. I to nie jeden raz.

Kto wie, być może piłkarz to prawdziwy męczennik naszych czasów. A czasy takie, że męczennikom zamiast łez po policzkach i kropel krwi po plecach płyną miliony na konta bankowe.