Ekscytująca noc w NBA za nami. Boston Celtics wreszcie zanotowali porażkę i to Sacramento Kings zatrzymali ich serię zwycięstw na dziesięciu kolejnych wygranych. Porażkę rywala wykorzystali Los Angeles Lakers, którzy pod okiem Kobe Bryanta ograli Atlanta Hawks, dzięki czemu są teraz drużyną numer jeden w całej lidze.

Z tych dwóch meczów zdecydowanie bardziej wyrównany był pojedynek w Sacramento, gdzie obie drużyny wymieniały się prowadzeniem i mogliśmy być świadkami bardzo emocjonującej końcówki. Ta nie poszła po myśli Boston Celtics, którzy to przegrali dopiero drugi mecz w tym sezonie. Tym samym ich seria zwycięstw zatrzymała się na dziesięciu wygranych. Mogła jeszcze trochę potrwać, lecz na nieszczęście Celtów rzut na zwycięstwo Marcusa Smarta odbił się od obręczy i nie znalazł drogi do kosza. Bostończycy po dwóch meczach wyjazdowego tournee po Zachodzie mają więc jedno zwycięstwo oraz jedną porażkę, a już w poniedziałek zmierzą się w Phoenix z jedną z rewelacji sezonu, czyli drużyną Suns.

Będzie to więc okazja, by rozpocząć nową serię zwycięstw. Celtowie byli niepokonani niemal przez miesiąc – wcześniej przegrali 23 października w Filadelfii z 76ers na otwarcie sezonu. Wygrywając dziesięć kolejnych spotkań zaliczyli jeden z najlepszych startów w historii i najlepszy start w karierze Brada Stevensa. Tak długa seria zwycięstw była też ewenementem w karierze Kemby Walkera, który latem przeniósł się do Bostonu z Charlotte i po dziesiątej wygranej (w piątek przeciwko Golden State Warriors) mówił, że nigdy jeszcze do tej pory nie wygrał tylu meczów z rzędu. W niedzielę po raz pierwszy w tym sezonie nie trafił jednak ani razu zza łuku i zdobył tylko 15 oczek – okazało się być to za mało na Kings, tym bardziej że znakomity dzień miał Buddy Hield, zdobywca 35 punktów (7/12 w rzutach za trzy punkty)

O wiele lepsze humory w poniedziałek rano niż fani Celtics mają kibice Los Angeles Lakers, gdyż ich drużyna ograła w nocy Atlanta Hawks i po raz kolejny w trwających rozgrywkach rozniosła rywala różnicą ponad 20 punktów. Wszystkiemu bacznie przyglądał się Kobe Bryant, który początkowo skradł trochę show obecnym zawodnikom Lakers, gdyż to właśnie legenda zespołu z Miasta Aniołów zbierała największe owacje. Kobe często pokazywany był na telebimie, co wzbudzało bardzo żywiołowe reakcje kibiców w Staples Center. O obecności Bryanta na trybunach dobrze wiedzieli także gracze Lakers, a LeBron James przybił sobie nawet z Kobe piątkę w trakcie spotkania. Po meczu mówił natomiast, że jak najbardziej chciał Bryantowi zaimponować.

James chce bowiem w ten sposób pokazać, że warto przychodzić na mecze Los Angeles Lakers, tym bardziej że jest na co popatrzeć. James wraz z kolegami mieli bowiem w tym spotkaniu kilka bardzo efektownych akcji (choć Evan Turner nie pozostał dłużny i zaliczył chyba jedną z najlepszych akcji w karierze, gdy po jego crossoverze James wylądował na parkiecie). Jeszcze przed spotkaniem Bryant spotkał się z Dwightem Howardem, choć przecież ich relacje – jeszcze za czasów wspólnej gry w barwach Lakers – nie były zbyt dobre. Howard przyznał jednak potem, że to nie ma już żadnego znaczenia i oznajmił, że bardzo się cieszy, iż Kobe wybrał się na mecz. Zadowolony z obecności Bryanta na trybunach był też m.in. Trae Young, młody rozgrywający Hawks, który nazwał 41-latka swoim idolem.