Jako wielki i wierny fan brytyjskiej piłki muszę stanąć twarzą w twarz z prawdą i przyznać wreszcie, że jestem rozczarowany. Bardzo. Jestem rozczarowany tym, jak nudna jest w tym sezonie Premier League. Przypomina raczej wyścig Formuły 1, w którym zmienić może coś tylko jakaś potworna kraksa, a nie zacięty finisz na ostatnich metrach Tour de France.

Poszczególne mecze wciąż są często ekscytujące, ale zdaje się, że Premier League jako całość jest w tym roku już dobrze uformowana i należy raczej spoglądać na nią jak na ciekawą rzeźbę, a nie film amerykańskiego kina akcji. Poza walką o utrzymanie w tabeli brak jakiegokolwiek innego rejonu, w którym toczyłaby się zażarta walka o istotną stawkę. Mistrz jest już znany, czwórka również, pierwsza siódemka także.

Nudna Chelsea

W kwestii nudy oczywiście niewiele można zarzucić samym The Blues, bo po prostu są w wyśmienitej formie już od siódmej kolejki, kiedy to zaczęła się ich seria trzynastu zwycięstw z rzędu. Doprawdy londyńczycy nie mają w tym sezonie godnego przeciwnika. Kibice innych klubów, rzecz jasna, szukają argumentów, które mają uzasadnić, dlaczego tak jest i przy okazji umniejszyć osiągnięcie Chelsea. I znajdują, lepsze i gorsze (częściej te drugie). Głównym uzasadnieniem, jakie słyszymy, jest fakt, że The Blues nie grają w europejskich pucharach, dzięki czemu mają więcej czasu na trening i regenerację. To z pewnością działa na ich korzyść w ligowej rywalizacji, ale nie jest regułą. Liverpool z Jurgenem Kloppem za sterami znajduje się w identycznej sytuacji i poza bardzo obiecującym początkiem, nie włączył się do walki o tytuł. Co więcej, bliżej tego tytułu był kilka lat temu, gdy również nie grał w pucharach, lecz miał dużo słabszą i węższą kadrę. Miał za to Suareza, ale o tym później. Pamiętajmy też, że Chelsea poprzedni sezon skończyła na 10. miejscu, a wszak przed Leicester Premier League nigdy nie wygrała drużyna, która rok wcześniej byłaby tak nisko w tabeli.

Eden Hazard i Victor Moses po bramce

W zeszłym tygodniu machina Conte pokonała Manchester City oraz Bournemouth. A więc nic nowego. Kolejne dwa zwycięstwa, pięć strzelonych bramek, dwie stracone. W obecnych rozgrywkach londyńczycy przegrali cztery (średnio co osiem spotkań) i zremisowali trzy razy (średnio co 10 spotkań). Dlaczego więc określiłem ich mianem nudnych? Bo mogliby przegrywać i remisować trochę częściej. Mogliby od czasu do czasu zaliczyć jakąś wpadkę lub przegrać z innym pretendentem. Tak pro publico bono. Dla dobra Premier League, dla dobra widowiska, dla dobra telewizji. Dla dobra kibiców wreszcie, nawet swoich. Nie mówię, że mieliby oddać tytuł, ale gdyby chociaż pozwolili łudzić się innym, to wszystkim wyszłoby to na dobre. A i fanów Chelsea pewnie bardziej ucieszyłoby takie zwycięstwo. Wygrywać z taką przewagą? To jak grać na amatorze w Fifę, gdy wygrywa się nawet na klasie światowej. Niby przyjemnie, ale czegoś brak.

Tak więc podpowiadam Antonio Conte z nadzieją, że ten sezon można jeszcze uratować: Panie Trenerze, przegrajcie następne dwa mecze!

Nudny Tottenham

Czy na Koguty ktokolwiek zwraca jeszcze uwagę? Ostatnie sześć zwycięstw z rzędu pozwoliły im bezpiecznie usiąść na grzędzie numer 2. I prawdopodobnie poza Arsenalem, który pewnie wreszcie skończy sezon niżej niż najwięksi wrogowie, nikt nie zwrócił na to uwagi. Mauricio Pochettino wykonuje świetną pracę. Nie miał wielkich nazwisk. Sam je stworzył i dzięki temu kolejny raz zagra w Lidze Mistrzów. Ale czy stać ich na coś więcej? Od kilku lat ciągle są w budowie, cały czas widać jakiś progres, wszystko wygląda coraz lepiej, a jednak nic nie wygrywają. I jakoś nie potrafię sobie wyobrazić, że się to zmienia. Obawiam się, że Tottenham może przejąć rolę sąsiada z The Emirates, przyjemnego dla oka, “klasowego” zespołu, któremu dobrze bez trofeów, ale za to z pieniędzmi z Ligi Mistrzów. Prawdopodobnie zakończą sezon na drugim lub – jeśli powinie im się noga – na trzecim miejscu.

Panie Maurycy, prośba także do pana: wprowadź pan w tę swoją idealną organizację trochę szaleństwa!

Nudna walka o Top 4

Od kilku lat w kontekście Premier League przestało mówić się o “Top 4” czy “Wielkiej czwórce”, a zaczęło o “Top 7” i “Pierwszej siódemce”. Co jest pokłosiem tego, że o cztery pierwsze miejsca w lidze ma rywalizować ciągle właśnie siedem zespołów. Do Manchesteru United, Arsenalu, Chelsea i Liverpoolu, które przez lata dzieliły pierwsze cztery lokaty między sobą, dołączyły jeszcze Tottenham i Manchester City. To daje nam sześć drużyn. Siódmy jest Everton. A raczej siódmy jest, był i będzie Everton, bo fakt, że ktoś założył, iż The Toffees mogą regularnie przeszkadzać pozostałym sześciu zespołom, jest absurdalny. Niemniej mamy oficjalnie siedmiu chętnych na cztery miejsca.

Oficjalnie, bo już teraz mogę założyć, że na koniec sezonu w pierwszej czwórce zobaczymy Chelsea, Tottenham, City oraz Liverpool. Dwa pierwsze zespoły to pewniaki i nie ma co się nad tym rozwodzić. Natomiast City i Liverpoolu nie ma kto z tej czwórki wyrzucić. Zdaję sobie sprawę, że jeśli United i Arsenal wygrają zaległe spotkania, to zrównają się punktami z The Reds i będą punkt za City (jeśli ci wygrają swój zaległy mecz), ale – czas na banał – te mecze najpierw trzeba wygrać. United remisuje wszystko, z każdym i wszędzie i raczej spróbują dostać się do europejskiej elity poprzez Ligę Europy. Z kolei Arsenal ma do rozegrania mecze m.in. z Leicester, Manchesterem United, Stoke na wyjeździe oraz Evertonem. To cztery poważne szanse na stratę punktów, szczególnie patrząc na ostatnią formę Kanonierów i pamiętając o tym, jak podopieczni Wengera zawsze boją się meczów z Czerwonymi Diabłami.

Arsene Wenger

Jakkolwiek jeżeli w Top 7 ma wydarzyć się coś interesującego, to właśnie za sprawą Arsenalu. Wydaje się, że Kanonierzy w końcu po latach nie zakwalifikują się do Ligi Mistrzów. Wenger długi czas uciekał z powodzeniem, lecz topór prawdopodobnie w końcu go dopadnie. Być może się mylę i Kanonierzy znów po heroicznym boju dotrą do swej ziemi obiecanej, czyli czwartego miejsca, ale decyzja została już podjęta i nie ma odwołania – Arsenal z Wengerem na czele musi wreszcie wypaść z czwórki. Trzeba ponieść konsekwencje za brak odwagi i asekuranctwo. Nie można mieć w składzie Ozila i Sancheza i nigdy choćby nie zadeklarować walki o pełną pulę.

Panie Wenger, oby tak dalej, oby tak dalej!

Nuda w Europie

Chociaż mniej więcej wiadomo, jak będzie wyglądał następny sezon europejskich pucharów w wykonaniu angielskich drużyn, to łudzę się, że Conte będzie w stanie coś z tym zrobić. Prawdopodobnie jednak znów skończy się na ćwierćfinale i szukaniu wymówek bez szukania winnych. Zresztą te wymówki najpewniej wymyślają piarowcy opłacani przez Premier League. Usłyszymy, że angielskie zespoły odpadają nie dlatego, że są słabsze, a właśnie dlatego, że są lepsze. Tak. Że liga jest najlepsza i że takich zespołów, jakich w innych ligach są po dwa, to w Anglii jest siedem. A pozostała trzynastka jest niewiele mniej wyśmienita. Że liga jest zbyt konkurencyjna, że w Premier League co tydzień gra się mecze trudniejsze i ważniejsze niż w tej całej Lidze Mistrzów (która swoją drogą tylko niepotrzebnie zapycha terminarz). A Liga Europy to już w ogóle powinna angielskich drużyn nie dotyczyć, bo po co im – najlepszym – jakieś puchary pocieszenia.

I tym sposobem wracamy do Luisa Suareza. Urugwajczyk w 2014 roku w pojedynkę ciągnął The Reds do tytułu, co ostatecznie skończyło tylko drugim miejscem. Gareth Bale załatwiał Tottenhamowi Ligę Mistrzów, Ronaldo z czasów Manchesteru był na pewno jednym z pięciu najlepszych zawodników, jacy kiedykolwiek grali w Premier League. Wszyscy oni w pojedynkę decydowali o tym, że ich zespoły były przynajmniej o klasę lepsze. A teraz załóżmy, że w jednej drużynie mamy nie jednego, nie dwóch, a trzech lub czterech takich zawodników! Co otrzymamy z takiej mieszanki? Real, Barcelonę i Bayern. Czy naprawdę ktokolwiek wierzy w to, że którakolwiek z tych drużyn miałaby problem ze zdobyciem mistrzostwa Anglii? Oczywiście, Premier League jest bardziej siłowa, szybsza, bardziej wyrównana, ale poszerzmy ją o tych trzech gigantów, a okaże się, że Chelsea, zamiast cieszyć się z tytułu, będzie musiała grać w eliminacjach do Ligi Mistrzów.

Panno Premier League, więcej pokory…

  • Tagi