Do rozpoczęcia sezonu NBA pozostały już tylko 42 dni, a za mniej niż miesiąc zobaczymy kluby w ramach rozgrywek przedsezonowych. Nasza ukochana liga zbliża się do nas wielkimi krokami. Od października do czerwca cel każdej z drużyn będzie jeden – mistrzostwo. Eksperci, bukmacherzy i fani stawiają w roli faworyta Golden State Warriors. Czy Wojownicy zdobędą czwarty tytuł w ciągu pięciu lat, tworząc dynastię na miarę najlepszych w dziejach koszykówki? 

Od ostatniego spotkania sezonu 2017/18 minęły już prawie 3 miesiące. Dałbyś wiarę, że aż tyle? Że to już prawie 90 dni bez koszykówki na najwyższym poziomie? Ale NBA jest taką ligą, że jak nic się nie dzieje, to i tak… coś się dzieje.

Czerwiec stał pod znakiem draftu, lipiec pod znakiem wolnej agentury, która na pewno nie zawiodła. W końcu niecodziennie najlepszy koszykarz na świecie zmienia klub i dołącza do najbardziej rozpoznawalnego klubu w całej lidze, a potencjalnie najlepszy gracz na obie strony parkietu zmienia San Antonio na Toronto. Dysproporcja pomiędzy konferencjami jeszcze się powiększyła po przejściu Jamesa do Lakers. Kolejny zawodnik typu all-star jest na Zachodzie i dwunastka z tej konferencji będzie naprawdę silna, przez co zabraknie miejsca dla kilku zawodników, którzy zwyczajnie powinni się w niej znaleźć. Po 8 latach dominacji Lebrona na Wschodzie panuje bezkrólewie, a na najsilniejszych wyglądają Boston Celtics. 

Po 3 miesiącach nie zmieniła się jednak jedna rzecz – to Golden State Warriors są cały czas faworytem do zdobycia tytułu. Czwartego w ciągu 5 lat. W alternatywnej rzeczywistości mieliby pięć, ale finały wtedy finały w 2016 roku się wydarzyły.  

Skupmy się chwilę na tym potencjalnym mistrzostwie Wojowników w nadchodzących rozgrywkach. 

Legalni bukmacherzy nie mają wątpliwości, że to właśnie Warriors wygrają i takie podejście ma jak najbardziej sens. 

Mówimy tu o drużynie z olbrzymim talentem. Nie wiem, czy w ogóle zdajemy sobie sprawę, z czym tak naprawdę mamy do czynienia:

  • Stephen Curry – najlepszy strzelec w historii w NBA, top 5 gracz NBA; 
  • Kevin Durant – drugi (może i w przyszłości pierwszy) najlepszy zawodnik w NBA, 210-centymetrowy rzucający obrońca;  
  • Klay Thompson – jeden z najlepszych specjalistów od rzutów za trzy w dziejach koszykówki, świetny obrońca;  
  • Draymond Green – lider w szatni, najwszechstronniejszy defensor w lidze.  
  • DeMarcus Cousins – bestia w grze jeden na jeden, niesamowicie uzdolniony środkowy.  

Wielka czwórka Warriors jest fantastyczna. Na tyle fantastyczna, że od 2017 roku ten zespół jest w debacie o najlepszy w historii. To mówi wiele, jeśli porównują Cię do Celtics Russella, Lakers Magica, Bullsów Jordana, czy Lakers Shaqa i Kobego. Takie rzeczy nie są dziełem przypadku. 

A do tego jeszcze dojdzie Cousins. 

Warriors to praktycznie kompletny team na obie strony parkietu. Gdy są on firenie masz opcji, żeby ich zatrzymać. Pomyśl o tym – kontratak, Green wyprowadza piłkę, w rogu masz Curry’ego, w drugim Thompsona, obok niego stoi Durant, a w razie czego możesz dograć piłkę do Cousinsa. Czy jest sposób by to zatrzymać? Praktycznie, nie.

A do tego obrona. To była zawsze niedocenienie część gry mistrzów NBA, bo obroną potrafili wygrywać, kiedy piłka nie wpadała do kosza. 

W takim razie, czy coś tu może nie zagrać? Oczywiście, że może.  

Sezon 2018/19 będzie już piątym, w którym Golden State Warriors będą na szczycie ligi. Czy apetyty, motywacja i zapał będzie taki sam, jak przez pięcioma laty? Nie. Po zdobyciu trzech tytułów wszystko wygląda zupełnie inaczej. Faza zasadnicza staje się kompletnie nieistotna i chcesz ją tylko odpękać. Przeciwnicy zlewają się w jedną całość i czasami nie wiesz, czy grasz z Charlotte, z Orlando, czy z Atlantą. Mecz jak mecz – mówisz sobie. Przegrasz jedno spotkanie? Co z tego, skoro są playoffy, w których i tak będziemy górą. 

Najlepszym przykładem tego zjawiska są właśnie Warriors z poprzedniego sezonu.  

Trzecie kwarty były 12 minutami dominacji Wojowników. Powód był prosty: pierwszą połowę przesypiali, w przerwie Steve Kerr ich opierdalał i w trzeciej ćwiartce zaczynało im się chcieć. To nie jest żadna fizyka kwantowa- jeśli wiesz, że jesteś lepszy, to nie musisz się sprężać na starcia z jakimiś waflami, bo wiesz, że prędzej, czy później i tak ich pokonasz. A nawet jeśli nie, to co z tego? Faza zasadnicza nie ma znaczenia. 

Ale niewiele zabrakło, żeby to podejście wyszło bokiem Curry’emu, Durantowi, Greenowi i Thompsonowi. Dwie rundy – zero problemu i pewny awans do Finałów Konferencji. I tutaj zaczęła się zabawa, bo naprzeciwko siebie mieli nie Spurs bez Leonarda i Pelicans jedynie z Davisem, a Houston Rockets, czyli drużynę, która wygrała 65 spotkań prowadzoną przez MVP sezonu regularnego i była twarda, niewygodna i nie bała się Warriors 

I właśnie wtedy po raz pierwszy od dawna zobaczyliśmy, że Golden State Warriors są tylko ludźmi i można ich pokonać. Tamta seria nie stała pod znakiem pięknej koszykówki – było to brzydkie i zdominowane przez izolacje. To Rockets dyktowali warunki i Wojownicy musieli tańczyć tak, jak chciał Harden i Chris Paul. I Rakiety wytańczył prawie Finały NBA, prowadząc już 3-2 w serii do czterech zwycięstw. Ostatecznie mistrzowie NBA dali radę wygrać, ale ta seria powinna dać nam do myślenia. 

Jak pokonać Golden State Warriors? Zmusić ich do fizycznej gry. Kompletnie zniechęcić ich do koszykówki. Rockets to zrobili, używając zmiany krycia. W tej sytuacji objawił się geniusz Duranta, który praktycznie na swoich barkach przeciągnął Warriors. Co by było, gdyby Houston nie spudłowało aż 27 trójek z rzędu w meczu numer 7 i mieli na parkiecie Chrisa Paula? Tego się nie dowiemy. Fakty są jednak takie, że Houston Rockets pokazali śmiertelność Golden State. 

Jak Wojownicy mogą przegrać tytuł?  

Tutaj czynnik numer jeden – zdrowie. Z małymi wyjątkami czwórka Durant, Curry, Green i Thompson była stosunkowo zdrowa w najważniejszych momentach. Szczególnie narażony na kontuzje był Steph i to jego absencja była najbardziej widoczna w stylu gry i w postawie podopiecznych Kerra, a jest jeszcze Cousins, który wraca po zerwanym ścięgnie achillesa. Ale czy bogowie koszykówki w końcu nie dojdą do głosu, zabierając któregoś z wielkiej czwórki (piątki) w playoffach? Bo o ile w poprzednim sezonie nie miało to takiego znaczenia, o tyle teraz powinno. Zachód będzie wyjątkowo mocny i w pierwszej rundzie Warriors będą mieli na pewno trudniejszego rywala niż teraz. Tym bardziej, jeśli nie zajmą pierwszego miejsca w fazie zasadniczej, a tego właśnie się spodziewam. Lebron i jego Lakers kontra zdziesiątkowani mistrzowie NBA? Nie stawiałbym w tej serii przeciwko Królowi. 

Zdrowie będzie też dotyczyć Steve’a Kerra, który od lat miewa problemy z plecami. W ostatnim roku nie opuszczał meczów, ale sezon wcześniej już tak. Postać Kerra jest bardzo niedoceniana, a jego brak może mieć olbrzymi, niekorzystny wpływ na wynik Warriors. 

Kolejna rzecz, głębia składu.  

W playoffach nie jest to aż taka ważna rzecz, bo jednak rotacje zespołów się zmniejszają, lecz latem Wojownicy kompletnie nie naprawili problemu, jaki mieli z liczbą graczy na obwodzie. Curry, Thompson okej, ale Livingston ma 33 lata, Iguodala 34 i historię kontuzji wszystkich części ciała. Kolejny w rotacji jest Quinn Cook, który nie jest jednak game changeremZ 28. numerem tegorocznego draftu Dubs wybrali Jacoba Evansa, ale liga letnia pokazała, że nie jest to jednak gracz na ten sezon. Patrick McCaw powinien wrócić do składu, lecz czy to cokolwiek zmienia?

Warriors mogą być bardzo ciency na obwodzie i to zaboli w przypadku kontuzji jednej z gwiazd. 

Pozostaje jeszcze kwestia postaci Cousinsa, gracza, który ani razu nie był jeszcze w playoffach. Warriors wydają się świetnym miejscem do wygrywania, jednak czy do odbudowania kariery też? Wszystkie oczy będą zwrócone na Oakland i każde, najmniejsze niepowodzenie DeMarcusa będzie rozdmuchiwane na maxa. Pamiętaj, że przed kontuzją Cousins był zawodnikiem na maksymalny kontrakt i teraz będzie chciał udowodnić swoją wartość, co może odbić się negatywnie dla drużyny. Paradoksalnie, to Andre Iguodala a nie 28-latek może kończyć spotkania, co może być powodem do frustracji dla byłego centra New Orleans Pelicans. A zły Cousins, to niedobry Cousins. Z nim to nigdy nic nie wiadomo. 

Kto może zagrozić mistrzom NBA? Rockets na pewno, bo to widzieliśmy już w maju. W tym gronie widzę jeszcze Thunder, którzy w playoffach powinni być wyjątkowo niebezpieczni i groźni. Lakers z Lebronem? Wątpliwe, ale to by była na pewno ciekawa seria. Potencjalny finał? Boston Celtics na pewno mogą napsuć krwi Wojownikom, czego świadkami byliśmy w dwóch ostatnich latach.  

Golden State Warriors są faworytem do zdobycia tytułu i to nie powinno nikogo dziwić. Koszykówka – sport, jako całość- jest jednak nieprzewidywalna i jedna kontuzja, jedna gorsza seria, jeden transfer może zmienić układ sił w lidze. Nie powinien, ale może. Dlatego nie rozdawajmy jeszcze pierścieni przed zakończeniem serii finałowej. Wszystko może się wydarzyć, przynajmniej Ty, jako kibic NBA, powinieneś na to liczyć.