5 meczów, 4 porażki i same braki – brak rozgrywającego, lidera, a przede wszystkim awansu. Tak można podsumować postawę reprezentacji Polski w koszykówce mężczyzn podczas EuroBasketu. Krótko mówiąc – rozczarowanie. Kto w tym wszystkim zawinił?

Przed turniejem oczekiwania nie były zbyt wygórowane- awans do fazy pucharowej wydawał się realnym celem. Ograć Islandię, może z Finlandią się uda, a przy dobrych wiatrach może pokonamy jednego z faworytów. Rzeczywistość okazała się brutalna – Polacy po raz kolejny zawiedli i wygrali zaledwie jedno spotkanie. Najsmutniejsze w tym wszystkim jest to, że jedno, a może nawet dwa spotkania, mieliśmy praktycznie wygrane i zabrakło konsekwencji w końcówkach. Zamiast bilansu 2-3 (a może nawet 3-2) Biało-Czerwoni zanotowali 1-4 i fazę pucharową będą mogli oglądać jedynie na ekranach telewizorów w swoich domach.

Takie turnieje jak ten pokazują, że Polsce brakuje talentu, żeby walczyć o cokolwiek w rozgrywkach międzynarodowych. Nie licząc Marcina Gortata, żaden z naszych kadrowiczów nie występuje w NBA, ani nawet w Eurolidze. Nie widzimy żadnych prospektów, które miałyby podbić najlepszą ligę świata. W tym momencie naszą największą nadzieją w tym turnieju miał być Ponitka, ale mnie osobiście jego postawa zawiodła. Po dobrym meczu otwarcia (22 punkty i 12 zbiórek) 24-letni zawodnik nie potrafił zapewnić swojej drużynie wygranych w końcówkach. Karnowski miał pokazać swoje nieprzeciętne umiejętności, ale pokazał jedynie, jaka dzieli go przepaść od NBA. Przemek miał kilka spektakularnych akcji, w których widać było, że jest nieprzeciętnym graczem, ale na koniec dnia rzuca się, że nie jest gotowy na walkę na najwyższym poziomie. Pozytywnym zaskoczeniem tego turnieju jest postawa Tomka Gielo, który pokazał, że może być bardzo dobrym graczem reprezentacyjnym na obie strony parkietu. Jednak Tomek nie jest lider, tylko Twój trzeci, czwarty najlepszy gracz. Wniosek jest prosty: brakuje nam bardzo dobrych zawodników.

Spójrzmy na inne reprezentacje z naszej grupy: Finowie mają swojego Lauriego Markkanena, Grecy Giannisa Antetokounmpo, Francuzi mają gwiazdy, a Słoweńcy będą przez lata zespołem Luki Doncicia. Koszykówka może jest i sportem zespołowym, ale o końcowym sukcesie decydują indywidualności. To indywidualności potrafią pociągnąć drużynę wtedy, kiedy nie idzie. We wczorajszym meczu mogliśmy liczyć na Damiana Kuliga, który zagrał swój mecz życia, ale prawda jest taka, że przez cały turniej brakowało nam lidera. Mateusz Ponitka miał być naszym najlepszym zawodnikiem, ale poza pierwszym spotkaniem był praktycznie niewidoczny. 24-letni skrzydłowy w końcówkach znikał i to inni gracze musieli brać odpowiedzialność na siebie. Problem był taki, że nie miał kto tego robić. Smutne jest to, że jedynym, który wydawał się wyrażać taką chęć, był A.J. Slaughter. Zabrakło naszej drużynie umiejętności i tożsamości.

Kolejna sprawa to brak rozgrywającego. Przez cały turniej bardzo mocno rzucił się w oczy fakt, że jako naród, nie dorobiliśmy się jedynki z prawdziwego zdarzenia. Poza ostatnim meczem z Grekami Łukasz Koszarek grał przeciętnie. Brakowało w nim pewności siebie, którą tak emanował w barwach Stelmetu Zielona Góra. Zaczęto przekręcać jego nazwisko- to już nie był Koszarek, tylko Koszmarek. Cóż, Łukasz nie jest rozgrywającym europejskiej klasy, więc nie do końca można go winić za to, że nie jest w stanie przekroczyć pewnego pułapu. Po prostu jest, jaki jest. Z pustego to i Salomon nie naleje- mówią. Moim zdaniem na rezerwowego rozgrywającego nadawałby się idealnie, ale bycie podstawową jedynką, to za wysokie progi. Problem jest taki, że to właśnie Koszarek (lub Koszmarek) był naszym etatowym i tak naprawdę jedynym rozgrywającym podczas tego turnieju. Jak bardzo by się A.J. Slaughter nie starał, to nigdy nie będzie maksymalizował swoich umiejętności jako gracz na pozycji numer jeden. Amerykanin to nominalny rzucający obrońca, który jest lepszy w kreowaniu rzutu sobie, a nie partnerom. Nie można go obwiniać za to, że gra poza pozycją i robi swoje, zamiast ułatwiać grę partnerom. To nie jest po prostu gracz tego typu. To tak, jakbyś miał niepasujące do siebie elementy i na siłę próbował je ze sobą połączyć. Slaughter rozgrywającym nie jest i nigdy nie będzie. Kropka.

I tutaj według mnie wina nie leży po stronie zawodników, a po stronie skautingu. To nie jest tak, że A.J. poczuł w sobie chęć zostania Polakiem i nagle zadzwonił do naszej federacji. On został wybrany przez PZKosz, żeby reprezentować barwy Biało-Czerwone. Więc dlaczego, wiedząc o tym, że mamy dziurę na pozycji rozgrywającego, bierzemy gracza, który nominalnie jest rzucającym obrońcą? Jak już robić coś takiego, to porządnie. Możemy się nie zgadzać z ideą naturalizowania zawodników, ale musimy spojrzeć prawdzie w oczy- Polska nie ma jedynki, z która można by osiągnąć jakiś sukces. To od tej pozycji w europejskiej koszykówka zaczyna się tak naprawdę budowa zespołu. Musisz mieć gracza, który potrafi wykreować akcje dla partnerów, a kiedy przyjdzie taka potrzeba, także dla siebie. Spójrzmy na wczorajsze spotkanie. A.J. Slaughter nie grał z powodu urazu, więc jedynym rozgrywającym w składzie był Łukasz Koszarek. Nawiasem mówiąc, w tym momencie decyzja o wzięciu dwóch jedynek (jednej) wyszła Mike’owi Taylorowi bokiem.

Rozgrywający Stelmetu dobrze prowadził grę, ale nie mógł grać pełnych 40 minut na wysokim poziomie. Kiedy Koszar siadał na ławce, nasza gra siadała razem z nim. A pomyśl o tym, że to był tylko Koszarek. Gra naszej drużyny bez niego na parkiecie praktycznie nie funkcjonowała. To, że trzymaliśmy się w tym meczu tak długo, można jedynie przypisać Damianowi Kuligowi. Naszym problemem było kreowanie ataku – a raczej jego brak.

Dlatego nie rozumiem idei, w której naturalizujemy gracza, który de facto nie jest tym, którego potrzebujemy. To jest kolejny dowód na to, w jakiej kondycji jest koszykówka w Polsce.

Mike Taylor powinien stawiać jak najwięcej na młodych zawodników, a przede wszystkim znaleźć rozgrywającego, który pomógłby nam, żeby wejść na wyższy poziom. W tym momencie wydaje się, że trzon reprezentacji będą tworzyć Ponitka, Gielo, Karnowski. Potrzebujemy świeżej krwi. Warto byłoby postawić na którąś z młodych jedynek i zrobić Łukasza Koszarka mentora. Problem jest niestety taki, że do tej pory nie dorobiliśmy się jedynki, która mogłaby choćby spróbować wejść w buty pierwszego rozgrywającego.

Szkoda, że ten turniej zakończył się już po fazie grupowej. Ale ten EuroBasket dobitnie pokazuje, jak kiepski jest stan polskiej koszykówki. Brakuje nam graczy europejskiego formatu, a o poziomie NBA już nie wspomnę. Miejmy nadzieję, że przyjdzie lepsze. Jednak tego lepszego w tym momencie nie widać i obawiam się, że następnym turnieju międzynarodowym będziemy w podobnych nastrojach. Dobrze, że kolejne mistrzostwa Europy dopiero za 4 lata. Może do tego czasu doczekamy się gracza, który stanie się prawdziwym liderem reprezentacji Polski w koszykówce.