Już znamy najważniejsze rozstrzygnięcie sezonu Speedway Ekstraligi. Drużynowym Mistrzem Polski została Unia Leszno. Do rozgrywek posezonowych przystępowali z czwartej pozycji. Jednak nic sobie z tego nie zrobili i odjechali wspaniałe play-offy nie przegrywając żadnego meczu. W końcówce sezonu zagrało wszystko. Czas na podsumowanie całego roku.

Sezon dla Unii Leszno rozpoczął się znakomicie, bowiem zaczęli od wysokiej wygranej nad Falubazem, który również był jednym z faworytów do medalu. Po tym meczu od razu podniosły się głosy, że Byki mogą w tym roku być nie do pokonania. Jednak w czasie sezonu spuszczali z tonu i wydawało się, że pierwsze spotkanie było przypadkiem, jeżeli chodzi o rozmiar zwycięstwa. Na 64 punkty drużyny w tamtym starciu każdy zawodnik coś od siebie dołożył. Patrząc na skład Zielonej Góry można było okrzyknąć w tym momencie, że Unia Leszno stworzyła dream-team. Co ciekawe, najlepiej wtedy pojechał Nicki Pedersen, który jak wiemy, przez kontuzję w połowie sezonu opuścił rozgrywki do samego końca.

Już kolejny mecz zweryfikował siłę Byków, ponieważ po wyrównanym spotkaniu przegrali u siebie ze Spartą Wrocław. Wtedy poniżej oczekiwań pojechał Piotr Pawlicki, Peter Kildemand oraz Nicki Pedersen. Na ławce rezerwowych Byków cały czas był silny Grzegorz Zengota i wielu kibiców oraz ekspertów już zaczęło się zastanawiać, czy Polak dostanie swoją szansę. Następne spotkanie znowu tknęło w Leszno dużo optymizmu, ponieważ wygrali na terenie toruńskim. Na tamten czas jeszcze nikt nie przypuszczał, że Get Well ukończy sezon na przedostatniej pozycji w tabeli, więc uznano to za duży sukces. Mimo wygranej, niepokój Unii mogła dalej budzić postawa Piotra Pawlickiego oraz Nickiego Pedersena.

Po pogromie i dwóch zaciętych spotkaniach przyszła dotkliwa porażka na gorzowskim terenie 51:39. W tamtym momencie już nikt nie myślał, że Unia Leszno jest głównym kandydatem do złota, ale jednym z wielu. Poza Bartoszem Smektałą w tamtym meczu nikt nie zachwycił i głosy o Grzegorzu Zengocie podnosiły się coraz bardziej. Już w kolejnym spotkaniu Nicki Pedersen został zastąpiony przez Polaka, który mimo wysokiej wygranej swojej drużyny z Grudziądzem nie spisał się najlepiej, bo zdobył 4 punkty. Jednak ciężko jest wejść w sezon, gdy ten jest już na pełnych obrotach. Po pewnej wygranej z GKMem, przyszła zdecydowana porażka z Wrocławiem.

Po połowie rozegranych spotkań w rundzie zasadniczej Unia Leszno dosłownie przeplatała wygrane z porażkami. Ciężko było coś powiedzieć o ich potencjale, ponieważ różni zawodnicy mieli spadki formy. Zawodził chyba każdy po kolei. Na tym etapie nikt nie brał już Byków aż tak poważnie. Mając tak niestabilną formę nie da się osiągnąć sukcesu. Jednak potencjał cały czas był, ponieważ tak jak każdy miał zniżkę formy, tak każdy był w stanie jeździć bez przegrywania biegów. Na szczęście Unii, żużlowcy zostawili swoją najlepszą formę na wrzesień… no może po za Peterem Kildemandem.

Runda rewanżowa zaczęła się dla Leszna fantastycznie, ponieważ wygrali 5 spotkań z rzędu. Wydawało się, że ich forma jest ustabilizowana i faktycznie mogą mieć szansę na mistrzostwo. Po tej passie przyszło im przełknąć gorycz porażki ze Stalą Gorzów na własnym stadionie. Znowu zawiódł Piotr Pawlicki, który zdobył tylko 4 punkty. To pokazuje jak wiele od niego zależało, ponieważ Unia zazwyczaj przegrywała, gdy ich kapitan miał właśnie zniżkę formy.

Ostatecznie rundę zasadniczą zakończyli z bilansem 9-5, co dało im awans do play-off z czwartej pozycji. Cała pierwsza czwórka była bardzo wyrównana – każdemu zdarzały się wpadki. Niech świadczy o tym strata w ligowej tabeli Leszna do pierwszej Zielonej Góry, która wyniosła… 2 punkty. W związku z tym przed play-off można było dawać równe szanse dla każdej z ekip.

Faza posezonowa to już świeża historia Speedway Ekstraligi, która miała miejsce w tym miesiącu. Unia rozpoczęła 10-punktową wygraną z Zieloną Górą i wybierała się na wyjazd jako faworyt dwumeczu. W półfinałach w mojej opinii bohaterami zostali juniorzy. Za to seniorzy prezentowali równy poziom i uzupełniali się nawzajem. Finał Unia Leszno – Sparta Wrocław. Przypomnę, że w rundzie zasadniczej Betard wygrał dwa mecze w rywalizacji z drużyną z Wielkopolskiego. Jednak tym razem było inaczej i Unia wygrała na własnym torze różnicą 8 punktów. Przed rewanżem mówiło się, że to dużo i mało. Okazało się wystarczająco, chociaż rewanżowy finał był bardzo emocjonujący. Momenty miały obie drużyny na przemian, jednak w tej najważniejsze, ostatniej części najjaśniej świecili zawodnicy Unii Leszno  zapewniając sobie mistrzostwo wygraną 5:1 w ostatnim wyścigu sezonu.

MVP Unii Leszno – Bartosz Smektała

W mojej opinii to właśnie Bartosz Smektała zasługuje na miano najbardziej wartościowe zawodnika Unii Leszno. Prawda, że to Emil Sajfutdinov i Piotr Pawlicki byli głównymi liderami swojego zespołu, ale to jednak junior był najcenniejszym zawodnikiem mistrzów Polski. Przed sezonem mówiło się, że Unia Leszno ma najlepszych juniorów. Jednak na przestrzeni sezonu Bartosz Smektała zrobił bardzo duży postęp i wyrósł na jednego z najlepszych młodzieżowców globu. W Unii Leszno często ktoś zawodził, wtedy dzielnie go zastępował właśnie Bartosz Smektała nie raz pokonując liderów drużyn przeciwnych. Każdy żużlowiec miał udział przy tym sukcesie, ale bez Bartosza Smektały drużyna z Wielkopolskiego mogłaby nawet nie wywalczyć medalu.

Bohater Unii Leszno – Piotr Pawlicki

Takim wyróżnieniem chcę nagrodzić Piotra Pawlickiego. Jak prędzej wspomniałem – Unia Leszno zazwyczaj przegrywała, kiedy zawodził właśnie ich wychowanek. Niemałą rolę odegrała tu tez rola kapitana, w której Piter odnalazł się fantastycznie. W play-offach świecił i motywował całą drużynę. Było widać, że chce tego mistrzostwa bardziej niż inni. Jego celebracja po zdobyciu trofeum była bezcenna. Nazywam Piotra Pawlickiego bohaterem, ponieważ to on może być niesiony na rękach – był najgłośniejszym zawodnikiem w ekipie Piotra Barona. Dosłownie i w przenośni. Zachował się jak prawdziwy lider i kapitan. To jest coś, czego dużo klubów może pozazdrościć – miejscowy zawodnik prowadzi swoją drużynę do ogromnego sukcesu. Nikt się tak nie cieszył jak Piotr Pawlicki. Gdy w Lesznie świętował już razem z kibicami, widać było, że rozpoczął je już w drodze z Wrocławia. Dla niego to trofeum znaczyło więcej niż indywidualne sukcesy. W końcu to chłopak, który dziesięć lat temu cieszył się z mistrzostwa Unii Leszno mając wymalowane jej barwy na swoich polikach.