Dramat, cios w serce, koszmar… każde określenie jest dobre na to, co się stało wczoraj w Finlandii. Podopieczni Mike’a Taylora ulegli gospodarzom EuroBasketu 90:87 po dwóch dogrywkach, ale nie sama porażka boli. Chodzi o styl. Powiedzmy sobie jasno- Polacy przegrali wygrany mecz i nie ma na to żadnego usprawiedliwienia. Na półtorej minuty przed końcem czwartej kwarty Biało-Czerwoni prowadzili 66:57, ale od tego czasu punktowali tylko rywale. A miało być tak pięknie…  

Miłe złego początki 

Są czasami takie chwile w życiu, że dzieją się rzeczy, które teoretycznie nie powinny się nigdy zdarzyć. Wszystkie logiczne wytłumaczenia nie mają tutaj racji bytu. Coś takiego miało miejsce wczoraj w Helsinkach.

Ale zacznijmy od początku.

Polacy rozpoczęli mecz z wigorem i widać było, że bardzo chcą wygrać. Nasi koszykarze dobrze bronili, a Finowie mieli problem z uzyskiwaniem dobrych pozycji do rzutu. Jednak później padła trójka, która (na moment) zmieniła kompletnie losy meczu. Gospodarze trafili rzut równo z końcową syreną na koniec akcji i od tego… kompletnie stanęliśmy. Polacy prowadzili 8:6, ale od tego czasu punktowali tylko rywale. Podopieczni Mike’a Taylora grali fatalnie i wyglądali na zagubionych na boisku. Żywiołowy doping fińskich kibiców na pewno nie pomagał Biało-Czerwonym. Ostatecznie pierwsza kwarta skończyła się 18:8 dla Finlandii, ale to nie było najbardziej niepokojące w tym wszystkim. Styl gry naszych koszykarzy zapowiadał, że może być jeszcze gorzej.

Druga część gry to cały czas dominacja gospodarzy. Finowie kontrowali grę, ale reprezentacja Polski wracała do swojej dyspozycji. W pewnym momencie mogliśmy mieć małe deja vu z pierwszej kwarty, jednak tym razem to Polacy przejęli inicjatywę. Od stanu 36:24 dla Finlandii serię 8:0 zanotowali podopieczni Mike’a Taylora i po pierwszej połowie przegrywaliśmy tylko czterema punktami. Na to, co prezentowali nasi rodacy, to był dobry wynik.

Trzecia odsłona to gorsza gra Finów i lepsza Polaków. Czuć było, że ten mecz jest do wygrania, a gospodarze nie byli tacy silni, jak się początkowo wydawało. Markkanen nie był taki groźny jak w poprzednich meczach, Kopponen był pasywny, a Biało-Czerwoni wydawali się przejmować inicjatywę w tym spotkaniu. Po trzech kwartach remis 52:52.

Nadeszła ostatnia (teoretycznie) część gry. W obu ekipach było dużo nerwów, ale to nasi reprezentanci wyglądali lepiej. Wszystko wskazywało na to, że wygramy to spotkanie.

Po tym, jak Mateusz Ponitka trafił rzut za trzy, można było otwierać szampana. Wydawało się, że Polacy nie wypuszczą ośmiopunktowego prowadzenia nad rozbitymi gospodarzami. Mieliśmy zwycięstwo z faworytami na wyciągnięcie ręki i wystarczyło tylko utrzymać wynik .

No właśnie i to ,,utrzymanie wyniku” obróciło się przeciwko podopiecznym Mike’a Taylora.

Polacy zaczęli kalkulować i to ich zgubiło. Oczywiście, zrozumiałe jest to, że zaczęli szanować czas gry i nie oddawali szybkich rzutów. Jednak zaczęli grać zbyt zachowawczo i próbowali dowieść ten wynik. I to obróciło się przeciwko Biało-Czerwonym.

Zdecydowały błędy i brak wizji trenera na rozegranie końcówki. Trzy straty w ostatniej minucie i faul przy trójce idą na konto zawodników, ale coach nie ułatwił gry swoim graczom.

Tutaj komentarz jest zbędny.

https://www.youtube.com/watch?v=xOyETTOun1Y

Obie dogrywki to tak naprawdę jedynie popisy A.J. Slaughtera. Amerykanin trafiał trudne rzuty, ale to było za mało. Zdecydowały detale, ale to Polacy zeszli z parkietu pokonani.

Akcja Ponitki, Waczyńskiego i Kuliga w kluczowych akcjach to najlepszy dowód na brak pomysłu Taylora w końcówce.

Lauri Markkanen przez cały mecz grał gorzej, niż w poprzednich spotkaniach, ale od końcówki czwartej kwarty był nie do zatrzymania. Widać było, że złapał wiatr w żagle. 20-letni zawodnik Chicago Bulls zanotował ostatecznie 27 punktów, rzucając punkty w kluczowych momentach. Fin pokazał, czego oczekuje się od wysokich zawodników, którzy chcą podbić NBA.

W całej tej sytuacji najbardziej szkoda mi naszych zawodników. Bo Biało-Czerwoni przed 38.5 minuty zagrali naprawdę bardzo dobre spotkanie i mieli szansę na, jakby nie patrzeć, dużą niespodziankę. Pokonanie Finlandii, która wygrała z Francją, walczyła ze Słowenią do końca, to byłoby świetne dokonanie. W obliczu tej końcówki i przegranej po dogrywce o tym wszystkim, co się stało wcześniej, nikt już nie pamięta. Nie będzie się mówić o tym, że Tomek Gielo grał najlepszą obronę na Laurim Markkanenie na całym turnieju. Że Markkanen zdobył zaledwie 12 punktów przez 39 minuty (po 22 i 24 w dwóch poprzednich spotkaniach). O tym, że nasza obrona, poza początkiem spotkania, funkcjonowała dobrze. Polacy otrząsnęli się mimo słabego startu i grali świetną koszykówkę. W tym meczu było bardzo dużo plusów. Ale cóż. Przegraliśmy wygrany mecz i tylko to się w tym momencie liczy.

Co dalej?

Reprezentacja Polski nie straciła jeszcze szans na awans do kolejnej fazy. Jednak pierwsza trójka wydaje się poza zasięgiem Biało-Czerwonym. Pozostały dwa mecze do rozegrania – wtorek z Francją i środa z Grecją. Jeżeli chcemy awansować do kolejnej fazy, to podopiecznym Mike’a Taylora wystarczy wygrana w środę. Grecy nie grają świetnej koszykówki na tym turnieju, jednak to oni będą zdecydowanym faworytem tego spotkania.

Pozostaje pytanie: jak na przegraną z Finlandią zareaguje reprezentacja Polski. Są dwie opcje: albo uznają to za niesamowitą motywajcę i będą grali turniej życia, albo nie podniosą się po tej porażce. Sam wierzę, że nasi koszykarze skorzystają z tego pierwszego rozwiązania.

W tym momencie pozostaje nam mówić to, w czym jesteśmy najlepsi:

Nic się nie stało…

Kolejne mecze to kolejne szanse na wykorzystanie bonusów bukmacherskich. Wybór bonusów bukmacherskich u legalnych bukmacherów jest naprawdę spory, zatem każdy kibic z pewnością znajdzie coś dla siebie. Sprawdź najnowszą ofertę.

Bonusy bukmacherskie – dowiedz się więcej