26 czerwca odbędzie się gala, podczas której zostaną rozdane nagrody dla najlepszych zawodników, trenerów i włodarzy zespołów za sezon regularny. Do tej pory statuetki były po kolei ogłaszane w trakcie trwania playoffów, żeby zawodnicy mogli odbierać je na swoich parkietach podczas poszczególnych serii. Show poprowadzi znany i lubiany kanadyjski raper, Drake. Będzie to pierwszy raz, kiedy zwycięzców poszczególnych nagród poznamy nie w trakcie I rundy, a dopiero po finałach NBA. Jesteśmy świadkami dość dużej zmiany, ale czy na lepsze?

Podczas pierwszego NBA Award Show poznamy najbardziej wartościowego gracza (MVP), najlepszego pierwszoroczniaka (ROY), najlepszego rezerwowego (SOTY), obrońcę roku (DPOY), gracza, który poczynił największy postęp (MIP) i najlepszego trenera bieżącego sezonu (COY).

Faworyci do poszczególnych nagród:

MVP: Russel Westbrook (Oklahoma City Thunder), James Harden (Houston Rockets)

ROY: Malcolm Brogdon (Milwaukee Bucks), Dario Saric (Philadelphia 76ers)

SOTY: Eric Gordon/ Lou Williams ( Houston Rockets)

DPOY: Draymond Green (Golden State Warriors), Rudy Gobert (Utah Jazz)

MIP: Giannis Antetokounmpo (Milwaukee Bucks)

COY: Mike D’Antoni (Houston Rockets), Greg Popovich (San Antonio Spurs), Erik Spoelstra (Miami Heat)

Zmiany, czyli nowa jakość? Niekoniecznie.

Gala będzie miała miejsce po finałach NBA i wszyscy będziemy żyli tym, co się wydarzyło w finale. Sezon regularny? Przecież mieliśmy fenomenalne finały! Takie rozwiązanie wydaje się być kompletnie bez sensu, bo ogłaszanie statuetek za sezon regularny po finale NBA zabiera graczom należny respekt i rozgłos. Nikt nie będzie pamiętał ich występów z sezonu regularnego, który skończył się w kwietniu. Głównym tematem będą finały i to, co się tam wydarzyło.

Hipotetyczna sytuacja rok temu, gdyby rozdanie nagród było w tegorocznej formule: Stephen Curry ma jeden z najlepszych indywidualnie sezonów w historii, prowadzi Golden State Warriors do rekordowego bilansu 73-9 w sezonie regularnym. Wydaje się być oczywiste, że zasługuje on na tę nagrodę i ją otrzyma. Jednak ze względu na innowację dostanie tę nagrodę dopiero pod koniec czerwca po finałach NBA. Warriors po trudnych playoffach docierają do finałów NBA, prowadząc już 3-1 z Cleveland Cavaliers i wydaje się, że nikt im nie odbierze tytułu, a Curry udowadnia, że jest najbardziej wartościowym graczem bieżącego sezonu. I tutaj dzieje się historia, którą każdy zna. Cleveland wygrywają kolejne trzy spotkania 4-3, a Lebron James po raz kolejny udowadnia, że to on jest najlepszym zawodnikiem na świecie. Curry zawodzi w końcowych momentach i pozwala wypuścić swojej drużynie takie prowadzenie. Wszyscy kibice, cały internet wynosi na piedestał Lebrona, który fenomenalnymi występami doprowadza swoją pierwszą drużynę do mistrzostwa, pierwszego w historii! James jest bogiem, a Curry idzie w zapomnienie i jest wyśmiewany, bo zawiódł.

I wtedy ma miejsce gala. Nikt już nie pamięta o tym, jaki fantastyczny był Curry w sezonie regularnym, jak porywał publiczność. Widziany jest przez pryzmat nieudanych finałów, w których Lebron James go zjadł. Zamiast opłakiwać porażkę w domu, z żoną, Curry musi wyjść do ludzi i użerać się z demonami finałów. Gdzie tu sens?

MVP

Nikt już nie będzie pamiętał o tym, co prawie 3 miesiące wcześniej robił Russel Westbrook w sezonie regularnym, jak potrafił być ekscytujący i porywający. Kiedy ten hype bił z każdego portalu o koszykówce, a nawet nie tylko związanych stricte z basketem. Bo chyba nie ma wątpliwości, że nagroda MVP trafi w jego ręce. Jeśli tak się stanie, będzie drugim zawodnikiem w historii, który zdobywając tę statuetkę, odpada w pierwszej rundzie playoffów. Pierwszym takim przypadkiem był Dirk Nowitzki, który w 2007 roku odbierał nagrodę po przegranej serii z Golden State Warriors. Co więcej, jego Dallas Mavericks w sezonie regularnym wygrali 67 spotkań i byli rozstawieni z jedynką, a Warriors z ósemką. Jedna z większych niespodzianek w historii. Gdyby Dirk miał dostać tamtą nagrodę na dzisiejszych zasadach…. to by dopiero bolało.

Wracając do Westbrooka. Jak wiemy, jego Thunder odpadli w pierwszej rundzie z innym kandydatem do MVP, Jamesem Hardenem. Indywidualnie lepiej wydaje się wypadł Westbrook, ale to Harden poprowadził swoją drużynę do kolejnej rundy, pozwalając rywalom wygrać tylko jeden mecz. Gdybyśmy poznali MVP w trakcie trwania tej serii, mogłoby to wywołać dodatkową motywacją dla któregoś z zawodników. Gdyby Westbrook przegrał na rzecz Hardena, to aż strach myśleć, do czego byłby zdolny lider Thunder. Może w takim wypadku ta seria skończyłaby się inaczej niż 4-1 dla Rockets? Tego się nie dowiemy, ale patrząc z tej perspektywy to szkoda, że liga nie dołożyła trochę ognia do tego pojedynku.

Przecieki, czyli witamy w czasach internetu

Wydaje się, że tak czy inaczej wypłyną jakieś informacje dotyczące zwycięzców. Trudno uwierzyć, żeby najlepsi insiderzy nie mieli tej wiedzy przed 26 czerwca. Co by nie mówić, ale tacy dziennikarze jak Adrian Wojnarowski z The Vertical czy jego podopieczny Shams Charania mają dostęp praktycznie do wszystkich informacji. Czy mają jakieś haki na ludzi z klubów, grożą im, wysyłają im kwiaty, cokolwiek? Nie wiem, ale jedno jest pewne, trudno będzie utrzymać w tajemnicy zwycięzców. Tak samo to wygląda w noc draftu. Wojnarowski podaje jakiego zawodnika wybierze dana drużyna, kilka minut przed ogłoszeniem tego przez komisarza Adama Silvera. Magia twittera

Home, sweet home 

Otrzymując statuetkę na własnym parkiecie, kibice danej drużyny mają okazję podziękować za dokonania zawodnika. Owacja na stojąco, zdzierane gardła przez fanów, którzy wspierali cały sezon, to jest naprawdę godne podziękowanie dla gracza. 41 spotkań na własnym parkiecie, na dobre i na złe; fani zawsze byli, więc to z nimi chciałoby się celebrować taki moment, jak odbieranie nagrody. Przecież kibice to często ten szósty gracz, który robi różnicę w trakcie spotkań.

 

Moim zdaniem pomysł z galą na zakończenie sezonu nie jest dobrym rozwiązaniem. NBA próbuje wprowadzić usprawnienia w miejscu, gdzie jest to zbędne. Według mnie gracze powinni być nagrodzeni na takiej samej zasadzie jak to było w poprzednich latach. Bo po co zmieniać coś, co funkcjonowało dobrze?