Lebron James nie trzymał nas długo w niepewności i już 26 godzin po rozpoczęciu wolnej agentury poinformował nas, gdzie zagra. Król dołączy do Los Angeles Lakers, z którymi podpisze 4-letni kontrakt warty 154 miliony dolarów. W grze o Jamesa byli jeszcze Cleveland Cavaliers (jego były klub) i Philadelphia 76ers. Ostatecznie, Lebron zdecydował się na grę w LA. Jak ten ruch wpływa na układ sił w NBA i co oznacza dla samego Króla?

Już od jakiegoś czasu krążyły plotki, że James rozważa na poważnie przejście do Lakers. Według doniesień to właśnie 16-krotni mistrzowie NBA oraz były klub Lebrona, Cleveland Cavaliers byli najpoważniejszymi kandydatami do podpisania umowy z Królem. W ostatniej chwili do gry włączyli się jeszcze 76ers, z którymi agent Jamesa miał odbyć wczoraj spotkanie. Jak się okazało, była to tylko zasłona dymna.

Samo podpisanie kontraktu z Lakers nie jest zbyt dużym zaskoczeniem. Tym, co dziwi najbardziej, jest długość umowy – 4 lata i czwarty rok jest opcją zawodnika. Tym ruchem James pokazuje, że nie przenosi się do Los Angeles na chwilę. Ale pomiędzy wierszami można też doszukać się innego aspektu – Lebron nie nakłada presji na klub, żeby ci wzmocnili się tu i teraz. Zupełnie inaczej było w przypadku Cavaliers, bo Król wybierał opcję jednorocznych kontraktów, zostawiając sobie tym samym furtkę do wyjścia. Naturalnym krokiem wydaje się teraz pozyskanie Kawhiego Leonarda z San Antonio Spurs.

Czy aby na pewno?

4-letnia umowa daje Lakers pewne pole manewru. Skoro Leonard i tak chce przyjść do LA (o czym doniósł Wojnarowski po ogłoszeniu Jamesa) i będzie wolnym agentem przyszłym latem, to lepiej poczekać rok i pozwolić młodym graczom rozwinąć się jeszcze bardziej. Nie oszukujmy się – Jeziorowcy z lub bez Leonarda nie są zespołem pokroju Golden State Warriors i Houston Rockets. Tak, podpisanie Jamesa wnosi ich poziom wyżej, ale to nadal jest dość dziwna układanka. Z drugiej strony nie chcesz tracić najlepszych lat Lebrona na tkwienie w przeciętności. To, co zrobią Lakers, jest zagadką i jestem niesamowicie ciekaw, jak Rob Pelinka i Magic Johnson rozwiążą tę sytuację.

Decyzja z aspektów sportowych może być trochę niezrozumiała, bo stawia się w sytuacji, w której nie ma zbyt dużych szans na tytuł mistrzowski. James postanowił na coś innego: na budowanie swojej marki i dobro swojej rodziny.

Nie oszukujmy się – Cleveland a Los Angeles to dwa różne światy. Lebron już nie raz podkreślał, że chce być zapamiętany jako ktoś więcej niż koszykarz, a nie ma chyba lepszego środowiska do tego niż Hollywood. Poza tym, syn Króla, Bronny Jr., jest obiecującym talentem koszykarskim (geny zdecydowanie robią swoją) i to właśnie w LA ma najlepsze warunki do rozwoju. Z perspektywy Jamesa koszykarza, lepszym rozwiązaniem byłoby dołączenie np. do Philadelphii 76ers lub Houston Rockets, lecz dla Jamesa taty, męża i biznesmana nie było lepszego miejsca niż Los Angeles.

Ten ruch oznacza praktycznie koniec cudownej serii Jamesa, jeżeli chodzi o kolejne występy (8 z rzędu) w Finałach NBA. Teraz, Konferencja Wschodnia nie będzie już Konferencją Lebrona Jamesa. Wschód już dawno nie był tak bardzo do wygrania, jak będzie teraz. W tym momencie to Boston Celtics wydają się być faworytem. Swoją drogą, przejście Jamesa do LA reaktywacja rywalizacji pomiędzy Celtics a Lakers.

Podsumowując, jako kibic NBA jestem bardzo podekscytowany tą decyzją i z niecierpliwością czekam na rozpoczęcie rozgrywek. Jedno jest pewne: będzie ciekawie. I na pewno nie jest to jeszcze koniec ofensywy Los Angeles Lakers. James wybrał to, co dobre dla niego, niekoniecznie patrząc na swoje legacy jako koszykarza. Najważniejsze, żeby żyć w zgodzie ze sobą, a wybierając Lakers, Król zrobił to, co chciał. I chwała mu za to.