Nie od dzisiaj wiadomo, że Wschód od dawna jest konferencją Lebrona Jamesa (i Jamesa Jonesa). Finały 2017 to już siódmy raz z rzędu awans Króla do finału ligi. Od 2010 roku nie pojawił się praktycznie żaden zespół, który byłby w stanie zdetronizować Jamesa i jego kolegów. Wydaje się, że najbliżej tego byli albo Boston Cetlics w 2012 roku, albo Indiana Pacers. Fakt jest taki, że od trzech lat Cavaliers (bo teraz tutaj gra Lebron) nie zaznali żadnego zagrożenia. Ani Atlanta Hawks, ani Toronto Raptors, ani Boston Celtics nie sprawili w Finałach Konferencji, żeby awans Króla do ścisłego finału był wątpliwy. Czy po tym off-season zmieniło się cokolwiek? Czy Lebron James nadal może spać spokojnie i czekać jedynie na pojedynek z zespołem z drugiej konferencji?

Lato w NBA stało pod znakiem emigracji na Zachód. Barwy klubowe zmienili tacy gracze jak: Paul Millsap, Paul George, Jimmy Butler. To sprawia, że Wschód, który był słaby, stał się jeszcze gorszy. Zespół Millsapa był w zeszłym sezonie piąty, George’a siódmy, a Butlera ósmy. Teraz w przypadku każdej z tych drużyn wydaje się, że zamiast na awans do playoffów, będzie nastawienie na o jak największa ilość piłeczek w loterii draftu. Krótko mówiąc, tankowanie.

Konferencja Wschodnia jest kiepska, nie ma co ukrywać. Może zdarzyć się tak, że do rozgrywek posezonowych awansują drużyny, które nie przekroczą pułapu 40 zwycięstw. Jednak skupmy się na zespołach na szczycie tej części koszykarskiego USA.

Mimo tego, że konferencja jako całość będzie słabsza, to można przypuszczać, że walka o prym na Wschodzie nie będzie tak jednostronna, jak do tej pory.

Wszystko przez słynną już wymianę pomiędzy Cleveland Cavaliers a Boston Celtics, do której jeszcze nie raz będziemy wracać.

Zacznijmy jednak od tego, jak wygląda sytuacja w szeregach zeszłorocznych mistrzów NBA, czyli Cavaliers.

Po przegranych finałach NBA wszystko wskazywało na to, że sezon 2017/18 będzie stał pod znakiem rewanżu Golden State Warriors. Widać było, że Lebron James i spółka byli żądni krwi i wydawali się zjednoczeni w celu, jakim był powrót na szczyt całej ligi. Jak się później okazało, nie do końca. Pod koniec lipca dotarł do nas elektryzujący news, który miał wywrócić przyszłość Cavaliers do góry nogami: Kyrie Irving zażądał wymiany. Szok, niedowierzanie. Ale jak to możliwe, że Irving chce odejść po tym, jak trzy lata z rzędu grał w finałach NBA? Nie wnikając w powody, dla których zawodnik chciał odejść, pewne było, że zespół z Cleveland powinien wykonać jakiś ruch. Jednak przez miesiąc nic się na tym polu nie działo. Aż w końcu dotarła do nas wiadomość. Nie wiem, czy nie mniej zaskakująca od poprzedniej. Kyrie Irving trafił do Boston Celtics, w zamian za Isaiaha Thomasa. Wow. Cavaliers byli na straconej pozycji, a mimo to ugrali naprawdę sporo. Najważniejsze dla nich było to, że pozyskali wybór Brooklyn Nets w przyszłorocznym drafcie, który powinien być pickiem w top 5.

Jak ta wymiana zmienia sytuację Cavaliers. Zespół z Ohio zrobił bardzo dobry ruch, bo jednym ruchem, zrobił dwie rzeczy.

Po pierwsze: dostał takich zawodników, że się nie osłabił, a jeśli nawet, to minimalnie. W ten sposób Cavs nadal wydają się faworytem do wygrania Wschodu.

Po drugie: wybór Nets to jeden z największych assetów w lidze w tym momencie. Jest to swego rodzaju zabezpieczenie na przyszłość, jeśli Lebron James zdecydował, że chce opuścić klub z Ohio. Ten pick daje szansę, na rozpoczęcie przebudowy i pozyskanie gracza, który może być fundamentem organizacji na długie lata.

Najważniejszą kwestią pozostaje zdrowie Isaiaha Thomasa. W tym momencie nie wiadomo, kiedy do gry będzie zdolny były rozgrywający Celtics. Pewne jest to, że nie zobaczymy go w meczu otwarcia. W gruncie rzecz nieobecność Thomasa w sezonie regularnym nie miałaby zbyt dużego znaczenia, bo wydaje się, że na koniec dnia w playoffach i tak wygra Lebron James.

Żaden inny zespół nie ma w swoim zespole Króla, a James już niejednokrotnie pokazał, że jest w stanie samodzielnie wygrywać serie playoffowe.

Najgroźniejszym rywalem Cavaliers wydają się być Boston Celtics.

Celtics to przykład fantastycznej przebudowy. 4 lata po słynnej wymianie z Brooklyn Nets zajęli pierwsze miejsce na Wschodzie. Jednak w zespole z Bostonu cały czas brakowało wielkich gwiazd. Isaiah Thomas miał super sezon, ale Danny Ainge nie widział w nim materiału na fundament zespołu. Generalny menedżer Celtów był wielokrotnie krytykowany, że nie potrafi sprowadzić zawodnika z prawdziwego zdarzenia. Do wyjęcia byli Jimmy Butler, DeMarcus Cousins, czy Paul George, ale żaden z nich nie trafił do Bostonu. Okazało się, że Ainge szykuje coś większego. Czas pokazał, że jednak warto było być cierpliwym.

Do składu drużyny z Bostonu dołączyli Gordon Hayward i Kyrie Irving. O ile pozyskania Haywarda, ze względu na jego więź z Bradem Stevensem, można było się spodziewać, o tyle wymiana po Kyriego Irvinga była bardzo dużą niespodzianką. Celtics pozyskali gracza od swojego największego rywala; gracza, który ma dopiero 25 lat i wszystko, żeby stać się wielką gwiazdą.

Jednak z reguły tak jest, że jeżeli coś się dostaje, to trzeba też z czegoś zrezygnować. W składzie ekipy z Bostonu zostało zaledwie 4 z 15 graczy z rozgrywek 2016/17. A trzeba pamiętać, że tamta drużyna zajęła pierwsze miejsce na Wschodzie z 53 zwycięstwami i awansowała do Finału Konferencji. Nie ma w składzie Thomasa, Bradleya, Crowdera, czy Olynyka. W nachodzącym zespole zobaczymy zupełnie inny zespół niż rok wcześniej.

Celtics postawili na przyszłość. W szerszej perspektywie na pewno będą lepszym zespołem. Teraz? Niekoniecznie. Zawodnicy muszą się zgrać, stworzyć chemię między sobą, a to na pewno zajmie trochę czasu. Wydaje się, że sezon regularny może nie być tak kolory dla Celtics. Jednak moim zdaniem na playoffy są lepiej przygotowani niż sezon temu. W rozgrywkach posezonowych musisz mieć gwiazdy, a zarówno Irving, jak i Hayward takimi są. Nie można też zapominać o całym szeregu młodych graczy, którzy dopiero się rozwijają, ale już pokazali, że mają duży wpływ na wynik zespołu. Marcus Smart, Jaylen Brown, czy Terry Rozier to bardzo dobrzy gracze na obie strony parkietu. I nie można zapominać o trenerze Celtics. Brad Stevens mimo młodego wieku jest już jednym z najlepszych fachowców i to jego uznaje się za głównego ojca tak szybkiej przebudowy w Bostonie.

Kolejnym zespołem, który może aspirować o czołowe miejsce w Konferencji Wschodniej, jest Washington Wizards. O zespole Marcina Gortata więcej napiszę w niedziele i wtedy postaram się przeanalizować szansę Wizards na mistrzostwo.

Reszta? Nie widzę żadnego kandydata, który mógłby zagrozić Lebronowi Jamesowi bardziej niż Celtics i Wizards.

Toronto Raptors mieli już swoje szanse i ich nie wykorzystali. Milwaukee Bucks to zespół, który dopiero za 2, 3 lata będzie gotowy do walki o awans do finału. Krótko mówiąc, szału nie ma.

Moim zdaniem to nadal Cavaliers są faworytem do wygrania Wschodu, ale różnica między nimi, a drugim zespołem jest zdecydowanie mniejsza niż sezon temu. Ale to oni nadal mają Lebrona Jamesa w swoim składzie.