Pierwszy mecz Finałów NBA rozbudził nasze apetyty i z niecierpliwością wyczekiwaliśmy drugiego pojedynku. Niestety, spotkajnie było dość jednostronne i pewnie triumfowali Golden State Warriors, tym samym obejmując prowadzenie 2-0 w serii do czterech zwycięstw. Czy James i jego Cavaliers podniosą się i nawiążą jeszcze walkę? O tym przekonamy się za 2 dni, bo spotkanie numer 3 zostanie rozegrane w środę. W takim razie przygotowałem dla Was kilka (dokładnie cztery) przemyśleń z niedzielnego starcia.

Smith > Korver? Tak, ale…

JR Smith w tej serii jest fatalny i czy to w pierwszym, czy to w drugim meczu nie wniósł praktycznie nic do gry Cavaliers. Po dwóch spotkaniach Smith ma na koncie 15 punktów, 5 na 19 z gry, w tym 3 na 10 za trzy. Nie tego oczekujesz od swojego podstawowego rzucającego obrońcy. Dodaj do tego jeszcze tę decyzję pod koniec pierwszego starcia i otrzymujesz obraz zawodnika kompletnie nieprzydatnego i działającego na korzyść dla zespołu.

Dlaczego zatem Tyronne Lue grał nim średnio aż 35 minut?

Teoretycznie, możliwości Lue na pozycji rzucającego obrońcy jest kilka: Kyle Korver, Jordan Clarkson i Rodney Hood. Na papierze wygląda to bardzo dobrze. W rzeczywistości? Niekoniecznie.

Korver to świetny strzelec, lecz słaby obrońca. Fakt, próbuje, ale ma już 37 lat i w tym przypadku chciejstwo nie wystarcza. Nie możesz mieć na parkiecie jednocześnie Love’a i Korvera, bo wtedy Warriors mają za dużo opcji do atakowania. Clarkson? Jest tragiczny i w meczu numer 2 zanotował swoją pierwszą asystę od… końca II rundy przeciwko Toronto Raptors. ­­­­­­I ta jego obrona. Nie, temu panu dziękujemy. Hood? Dramat. Nie tak to miało wyglądać, bo kiedy przychodził z Utah Jazz, zdobywał aż 17 punktów w każdym spotkaniu. Jego problemem nie jest brak umiejętności, a pewności siebie. Spójrz tylko na niego. On totalnie nie wytrzymuje presji, a do tego jest średnim defensorem.

Jaki obraz się z tego wyłania? Smith jest słaby, ale musi grać, bo Lue nie ma innych alternatyw. Może być jednak lepiej, bo JR dużo lepiej rzuca na kosze w Cleveland. 3 trójki w dwóch pojedynkach w jego wykonaniu to zdecydowanie za mało.

Perfekcyjni Panowie Domu

Momenty, w których zawodnicy trafiają 100% swoich rzutów nie zdarzają się często, chyba że mówimy o małej próbie. W meczu numer 2 byliśmy świadkami ewenementu, bo dwóch graczy po stronie gospodarzy nie spudłowało ani jednej próby z gry. Javale McGee i Shaun Livingston złożyli się na 11 celnych rzutów.

Brawo.

Doceńmy Javale’a. Okażmy mu trochę miłości. On też ma uczucia. Chłopak nacierpiał się już przez to całe Shaqtin a Fool. Każdy ma prawo do błędów, prawda?

Kiedy Steve Kerr sięgnął po McGee, wydawało się to dość dziwnym pomysłem, ale z perspektywy czasu był to świetny ruch Kerra. McGee wnosi energię z ławki i wygląda świetnie pod względem atletycznym.

Dla Livingstona był to już drugi perfekcyjny występ z rzędu, bo w poprzednim starciu miał już 4 na 4. Jego dobra dyspozycja jest szczególnie ważna w obliczu braku Iguodali.

Jeżeli rezerwowi Warriors będą spisywać się tak dobrze, to ta seria może naprawdę krótka.

Warriors i ich obrona

Zachwycamy się atakiem Golden State Warriors. Nawet ci, którzy nie lubią tego zespołu, to robią lub chociaż powinni, bo to historycznie dobra ofensywa. Kiedy masz w jednym teamie tyle talentu, nie może być inaczej. Warriors mogą pokonać swoim atakiem każdego. Są jednak starcia, w których piłka nie wpada do kosza. Co wtedy? Niektóre, jednowymiarowe ekipy (patrz Houston Rockets sprzed roku) w takich momentach nie mają już szans na wygraną. Z Warriors jest inaczej.

Pierwszy mecz tej serii mógł trochę zaburzyć naszą percepcję na ten temat – Lebron James zdobył 51 punktów i praktycznie robił, co chciał. Obrona Wojowników wyglądała dość słabo. Gracze byli kompletnie nieskupieni i oddali Jamesowi mnóstwo rzutów spod kosza. To wyglądało tak, jakby mu rozłożyli czerwony dywan. Król po prostu brał piłkę i wjeżdżał pod kosz, gdzie albo nikt na niego nie czekał, albo nic nie robił sobie z obrony obręczy.

Drugie starcie było zupełnie inne pod tym względem. Tym razem defensywa mistrzów NBA funkcjonowała bardzo dobrze. Już sam fakt, że James w 44 minuty na parkiecie oddał zaledwie 20 rzutów, mówi wiele. 29 punktów w jego wykonaniu to aż o 21 mniej niż w pierwszym starciu w tej serii. Różnica jest diametralna. Teraz zawodnicy Warriors nie oddawali penetracji tak po prostu, tylko walczyli, aby pozostać przed Jamesem. A nawet jeżeli Lebron minął któregoś z nich, to pod koszem od razu czekała pomoc. Wydawało się, że wokół Króla robi się nagle nie jeden, a kilku obrońców.

Czy Lebron James może mieć tak średni występ jeszcze raz? Wątpliwe, ale musimy tutaj docenić obronę Warriors. Pomyśl o tym – w meczu numer 2 bronili świetnie, pozwalając Cavs na 9 trójek na 27 oddanych. Jeśli do świetnej lub dobrej obrony dołożą dobrą postawę w ataku, to nie da się z nimi wygrać. I tak było właśnie wczoraj. To dlatego mówi się o tych Golden State Warriors jako o jednym z najlepszych teamów w dziejach koszykówki. Nie tylko dlatego, że są mega utalentowani w ofensywie – nie, takich drużyn było już dużo. Oni potrafią wchodzić na wysoki poziom po obu stronach boiska, dzięki czemu są tu, gdzie są. A w tym momencie muszą zanotować jeszcze dwa zwycięstwa, żeby zdobyć 3 tytuł w ciągu 4 lat.

Dynastia? Chyba tak.

Stephen Curry, czyli ofensywny system

Wiemy, że Lebron James jest najlepszym koszykarzem na świecie. Wątpliwości zaczynają się przy drugim miejscu. Kandydatów na ,,fotel wicelidera” mamy kilku: James Harden, Kevin Durant, Russell Westbrook, Kawhi Leonard, Anthony Davis czy Stephen Curry. Spokojnie znajdziesz argumenty za każdym z nich (tych przeciw też nie zabraknie). Dla mnie na tym miejscu jest Durant ze względu na jego wszechstronność po obu stronach boiska. Ale nie oszukujmy się, to Curry jest bardziej wartościowym zawodnikiem dla Golden State Warriors.

Spójrz tylko, jak chodzi piłka, kiedy Steph jest na parkiecie. Poezja. Nie znajdziesz lepszego zawodnika w poruszaniu się bez piłki. Teraz jego firmową akcją stało się podanie do kumpla i zbiegnięcie do rogu. Ten ,,manewr” stał się praktycznie nie do zatrzymania, zwłaszcza dla Cleveland.

Curry w tej serii spisuje się świetnie, wykorzystując słabość defensywną Kevina Love’a. Warriors starają się doprowadzić do tego, żeby to właśnie Love krył Stepha, a jak już tak się stanie, to dopiero zaczyna się zabawa.

https://www.youtube.com/watch?v=rihTuizpWpY

Wczoraj byliśmy świadkami historycznej ,,imprezy”. Curry trafił aż 9 z 17 rzutów za trzy, dzięki czemu pobił rekord Raya Allena, który w Finałach 2010 miał 8 celnych trójek. Pamiętam to bardzo dobrze. Sugar Ray miał 7 trójek już w pierwszej połowie, tym samym bijąc Michaela Jordana i jego The Shrug.

Trudność niektórych rzutów Curry’ego była niesamowita, choćby ten nad Kevinem Lovem oddany prawie z parkingu. Nie wiem jak Ty, ale ja uwielbiam oglądać takiego Stepha. Łatwość, z którą oddaje swoje próby, jest niesamowita. A to wszystko dzięki ciężkiej i żmudnej pracy. Dzięki temu stał się (najprawdopodobniej) najlepszym strzelcem w historii koszykówki. To tylko kwestia czasu, zanim pobije rekord Raya Allena.

Wróćmy jeszcze do Jordana i jego Chicago Bulls. W meczu numer 2 Stephen Curry trafił 9 rzutów za trzy. Jak na Finały to dużo, ale w w sezonie regularnym takie występy nie są czymś nadzwyczajnym. Koszykówka poszła w tę stronę, że trójki stały się jej nieodzownym elementem i teraz praktycznie każdy gracz musi grozić umiejętnością rzutu. Czasy się zmieniły. Jak to było 27 lat temu? W Finałach NBA w 1991 roku Chicago Bulls trafili łącznie… 5 trójek, czyli tyle, ile sam Stephen Curry w czwartej kwarcie.

Swoją drogą pojedynek pomiędzy tamtymi Bulls a obecnymi Warriors byłby niesamowicie ciekawy. Kto byłby górą Twoim zdaniem?