Bycie zawodnikiem NBA to dla wielu wymarzony zawód: miliony na koncie, piękne kobiety wokół, a wszystko to robiąc coś, co (z reguły) jest wymarzoną pracąJednak ten zawód ma też te mniej przyjemne strony: całe życie koszykarza wiąże się presją i ciągłym rozliczaniem wyników indywidualnych, jak i zespołowych. Wspominając zawodników, którzy zakończyli już swoje kariery, w pierwszej kolejności sprawdzamy ich indywidualne statystyki, rekordy itd. Jest jednak rzecz, która z perspektywy czasu ma większe znaczenie niż własne dokonania, czyli pierścienie mistrzowskie. Indywidualne osiągnięcia idą w zapomnienie w obliczu braku sukcesów zespołowych. Bo co z tego, że zawodnik A rzucał 30 punktów na mecz, gdy jego drużyna nie potrafiła nawet wejść do playoffów, podczas gdy zawodnik B, rzucając mniej punktów, potrafił doprowadzić drużynę do końcowego sukcesu. Postaram przyjrzeć się temu, kto może umocnić swoje legacy, a dla kogo jest to ostatni dzwonek w walce o upragniony tytuł.  

Lebron James 

W zeszłym sezonie wydawało się, że nie ma możliwości pokonać Warriors, którzy (można się spierać) aż do finałów NBA mieli najlepszy sezon w historii ligi. Ale od czego jest Lebron James i jego playoffowa wersja, która była w stanie doprowadzić do powrotu z 1-3 i zapewnić pierwsze w historii mistrzostwo dla Cavaliers.

Lider Cavs jest typowym przykładem na to, że mężczyznę ocenia się nie po tym, jak zaczyna, ale za to jak kończy. Co z tego, że przez cały sezon regularny jego zespołowi towarzyszą różne historie, np. zła obrona, serie porażek itd., jak i tak w rozgrywkach posezonowych Lebron wchodzi w swój beast mode i reszta ligi może się tylko modlić o łaskę Króla.

James otwarcie już mówi, że skupia się na pogoni Michaela Jordana na liście wszechczasów. Do najlepszego zawodnika w historii koszykówki brakuje mu trzech mistrzowskich pierścieni i tytułu MVP. Lebron ma bardzo realne szanse, żeby w przekroju całej kariery zdobyć więcej punktów niż legendarny MJ.

W tym sezonie można powiedzieć, że lider Cavs nie musi zdobywać tytułu, mając za przeciwników napakowaną gwiazdami drużynę Warriors. Ale wyobraź sobie, jak legacy Lebrona umocniłoby się po tych dwóch sezonach. W zeszłym pokonuje prawdopodobnie najlepszą drużynę w historii, dodatkowo odrabiając stratę 1-3, a w tym wygrywa mistrzowski pierścień znowu przeciwko Warriors, którzy wzmocnili się jednym z trzech najlepszych graczy ligi. Wtedy śmiało można podejmować dyskusję, czy Lebron nie jest w gronie dziesięciu, pięciu graczy w historii NBA. Można iść nawet o krok dalej i dyskutować, czy nie jesteśmy świadkami gracza na poziomie porównywalnym do samego Michaela Jordana?

Kevin Durant

Każdy inny wynik niż mistrzostwo NBA będzie dla Kevina Duranta i jego Golden State Warriors kompletnym rozczarowaniem. MVP z 2014 roku (Durant), pierwszy MVP wybrany jednogłośnie (Curry), przyszły zdobywca nagrody dla obrońcy roku (Green), jeden z najlepszych strzelców w historii całej koszykówki (Thompson) i do tego najbardziej utytułowany trener w lidze (Kerr) w jednym zespole. Rok temu bez Duranta osiągnęli bilans 73-9, będąc o jedną wygraną od (może) najlepszego sezonu drużynowego w historii ligi. Dodajesz do takiej zabójczej maszyny kogoś takiego jak KD, więc co się może nie udać?

KD dołączając do Warriors, spalił za sobą wszystkie mosty i z zawodnika, który był lubiany niezależnie od sympatii klubowych, stał się znienawidzonym przez wszystkich, a w szczególności przez kibiców swojego byłego klubu, Oklahoma City Thunder.

Przypomnijmy, że Durant i jego zespół byli o krok od zagrania w wielkim finale, eliminując San Antonio Spurs, a w finale konferencji prowadzili już 3-1 z ówczesnymi obrońcami tytułu, Golden State Warriors. Po fenomenalnym powrocie w meczu nr 6 prowadzonym przez Klaya Thompsona, Warriors zdołali doprowadzić do meczu nr 7, w którym niesieni dopingiem kibiców awansowali do wielkiego finału. Za głównego winowajcę tej sytuacji uznaję się Duranta, który kompletnie nie wytrzymał psychicznie i próbując wygrać w pojedynkę, w meczu nr 6 trafił tylko 10 z 31 rzutów z gry.

Główny zarzut wobec KD jest taki, że dołączył on do zespołu, z którym dopiero co przegrał i to w takich okolicznościach. Wyobraź sobie, że po finale piłkarskiej Ligi Mistrzów, w którym Barcelona prowadząc 3-1, przegrywa ostatecznie 3-4, Leo Messi dołącza do Realu. Ruch co najmniej kontrowersyjny i piętnujący go do końca kariery.

Jeśli Durant chce wyjść z twarzą z tej całej decyzji, to musi wygrać mistrzostwo, nie ma innej możliwości. Tak naprawdę to jest sytuacja typu lose-lose, bo z jednej strony, gdy wygra tytuł, będzie to umniejszane i pojawią się głosy, że musiał dołączyć do super drużyny, żeby to zrobić. Z drugiej strony, jeśli nie zdobędzie tytułu, to cały koszykarski świat i Internet zrobią z niego kozła ofiarnego i pośmiewisko. Jednak ostatecznie zdobyty tytuł będzie na jego koncie i nikt mu tego nie odbierze.

Russell Westbrook

Co to by była za historia, gdyby Russell Westbrook po sezonie na miarę MVP pokonał Golden State Warriors z Kevinem Durantem w składzie, po czym Lebrona Jamesa i jego Cleveland Cavaliers w finałach NBA. Byłoby to fantastyczne ukoronowanie sezonu lidera Thunder, który i tak przeszedł już do historii.

Wyobraź sobie, że w Gotham City żyje sobie spokojnie Batman (Durant) z najlepszym kumplem Robinem (Westbrook). Jednak Batman postanawia dołączyć do obozu wroga i teraz już nie Robin jest najważniejszy, a Joker (Curry). Zdrada byłego przyjaciela uruchamia w Robinie niesamowite pokłady siły i motywacji, dzięki którym ostatecznie pokonuje ekipę przeciwników, zatem dobro zwycięża ze złem.

Samo wygranie serii playoffowej z Houston Rockets będzie można już uznać za sukces. Mistrzostwo NBA byłoby wspaniałym zwieńczeniem sezonu na poziomie 30-10-10 i pobitego rekordu 42 triple doubles w jednym sezonie. Wydaje się to niemożliwe, jednak sport uwielbia takie historie. A kto wie, splot kilku wydarzeń: jedna kontuzja gwiazdy drużyny przeciwnej, jeden niesłuszny gwizdek, czy może jeden nietrafiony rzut po stronie rywali i Thunder, dowodzeni przez Russella Westbrooka, mogą znaleźć się na szczycie całej ligi.

Chris Paul 

Który to już sezon lider Los Angeles Clippers jest w czołówce rozgrywających. Jeden z najbardziej efektywnych graczy, który na boisku potrafi tak naprawdę wszystko: doskonały lider, fenomenalny podający, seryjny strzelec a do tego nieustępliwy obrońca. Średnio w karierze zdobywa 18.7 punktu, 9.9 asysty, 4.4 zbiórki, 2.3 przechwytów, notując tylko 2.4 straty na mecz. Trudno znaleźć bardziej kompletnego gracza do swojego zespołu. Jednak głównym problemem i łatką przypiętą do Chrisa Paula jest to, że drużyny z nim w składzie nic nie osiągnęły.

Paulowi nigdy nie udało się awansować do finałów NBA ani nawet do finałów konferencji. Najbliżej tego był w sezonie 2014/15, kiedy to jego Clippers w drugiej rundzie playoffów prowadzili już 3-1 (który to już powrót z 1-3) z Houston Rockets i +19 w meczu nr 6, jednak kompletnie stanęli w ofensywie i przegrali ten mecz. W meczu nr 7 Rockets niesieni na fali comebacku, nie dali sobie odebrać zwycięstwa. Od tego czasu przygoda z playoffami Clippers naznaczona jest kontuzjami i nie są brani na poważnie jako pretendent do mistrzostwa: mają łatkę zespołu, który zawodzi w ważnych sytuacjach.

Dla Chrisa Paula jest to ostatni dzwonek, żeby zdobyć mistrzostwo w mieście Aniołów, gdyż po tym sezonie może stać się wolnym agentem i odejść do innego zespołu. Kto wie, czy jeśli odpadną w I rundzie z Jazz, lider Clippers nie powie dość i postanowi dołączyć np. do San Antonio Spurs. W tym roku CP3 kończy już 32 lata, swoje miliony już ma na koncie, więc może skupić się na pogoni za pierścieniem. Bo jeśli tak dalej pójdzie, może dołączyć do grona rozgrywających (John Stockton, Steve Nash), którzy byli fenomenalnymi zawodnikami, ale nie potrafili ukoronować swoich karier wisienką na torcie, jaką jest mistrzostwo NBA.