Dzisiejszej nocy w NBA nie doczekaliśmy się spektakularnych emocji: dwa mecze były blowoutami, a jeden tylko w teorii był wyrównany. Toronto Raptors jadą na ryby, Lebron James odpoczywa, a Rockets i Wizards doprowadzają do wyrównania w swoich seriach i robi się coraz ciekawiej w tych parach. 

(4) Cleveland Cavaliers vs (0) Toronto Raptors 109:102

W trakcie sezonu regularnego były obawy o słabą obronę, o duże minuty Lebrona Jamesa. I co? Cavs po raz kolejny włączyli wyższy bieg w playoffach i znowu przechodzą się po konferencji wschodniej w dominujący sposób, stając się pierwszym zespołem w historii, który wygrał pierwsze osiem meczów w rozgrywkach posezonowych w dwóch kolejnych sezonach.

Cavaliers pokonali po raz czwarty Raptors i awansowali do Finałów Konferencji. Jest to już trzeci z rzędu awans Cavs do tej fazy po powrocie Jamesa, a siódmy kolejny występ dla Lebrona. Do-mi-na-tor. James dominuje Wschód od paru lat. Od czasu Wielkiej Trójki w Bostonie trudno znaleźć godnego rywala dla Króla. I to nie jest tak, że konferencja wschodnia jest taka słaba – po prostu James jest na innym poziomie niż cała liga. Od meczu nr 5 Finałów 2016 James odniósł 11 kolejnych zwycięstw w playoffach, zdobywając średnio 34.9 punktu, 9.7 zbiórki, 7.8 asysty przy skuteczności 54% z gry – statystyki mówią same za siebie.

Wiesz, w trakcie sezonu, przed tą serią wydawało się, że Raptors mogą powalczyć. W końcu uzbroili się w Ibakę i Tuckera podczas trade deadline, a DeRozan z Lowrym grają najlepszy sezon w karierze. To miał być ten rok, a wyszło jak zwykle. I w tym wypadku nie można obwiniać drużyny z Toronto – z każdą inną ekipą mieliby szanse na wygraną i prawdopodobnie by wygrali. Jednak tamte zespoły nie mają w swoich szeregach Lebrona Jamesa, który w swoim czternastym sezonie na parkietach ligi zawodowej gra koszykówkę życia. Drużyny ze Wschodu (na Zachodzie z resztą jest tak samo z Warriors) muszą odpowiedzieć na pytanie: czy warto wzmacniać się w tym momencie, tracąc przy tym młodych graczy, bo na końcu i tak czeka Lebrona James ze swoimi Cavaliers. Nie ma zespołu, gracza, który zatrzymałby tę siłę. Cavs mogą grać sobie na pół gwizdka w trakcie sezonu regularnego, bimbać w obronie, jednak gdy przychodzą playoffy widzimy zupełnie inną drużynę. Drużynę, która jest w stanie zmieść każdy zespół, a nawet walczyć z Golden State Warriors.

James w trakcie serii z Toronto zaliczał 36 punktów, 8.3 zbiórki i 5.3 asysty w trochę ponad 41 minut gry. Pomyślisz, że to dużo. Zgadza się, ale popatrz na to z tej strony: od momentu rozpoczęcia playoffów (10 kwietnia) minęło 35 dni, a Cavaliers grali tylko 8 razy, z czego masz aż 27 dni odpoczynku. Wygrywając serię 4-0, mistrzowie NBA zagwarantowali sobie kolejną przerwę, jako że w serii Celtics-Wizards odbędą się jeszcze minimum dwa mecze. Logika: lepiej grać więcej w czterech meczach, żeby nie musieć grać w kolejnych i odpoczywać do następnej rundy.

James zdobył 35 punktów, a Irving dołożył 27 w finałowym meczu tej serii. Obaj zawodnicy łącznie zdobyli lub przyczynili się do zdobycia przez asysty 92 ze 102 punktów zespołu. Imponujące. A ta trójka pozbawiła nadziei drużynę Raptors.

Cavs mogli liczyć na wsparcie Kyle’a Korvera z ławki. Wyśmienity strzelec zdobył aż 16 punktów w drugiej kwarcie, co było jego najwyższym wynikiem w jakiejkolwiek z kwart w jego karierze. Co ciekawe, licząc dzisiejszy mecz, 36-letni Korver zagrał już 3941 kwart. A wygląda jakby nadal grał w liceum…

Serge Ibaka miał najwięcej w swoim zespole, 23 punkty, DeMar DeRozan dołożył 22 i 8 asyst, a grający w piątce zamiast Kyle’a Lowry’ego, Cory Joseph, miał 20 punktów i 12 asyst.

(2) Washington Wizards vs (2) Boston Celtics 121:102

Celtics wyszli z zupełnie innym nastawieniem na mecz nr 4, niż miało to miejsce w poprzednich trzech starciach. Pierwsze kwarty były dla nich postrachem, a teraz mieli nawet prowadzenie. Było już nawet 37-26 dla drużyny z Bostonu, John Wall nie trafił żadnego z 9 rzutów z gry i można było po cichu liczyć na przerwanie dominacji gospodarzy.

,,Nie tak szybko”- zapewne pomyślał John Wall i poprowadził swój zespół do wygranej, dzięki której jest remis po czterech starciach.

Kluczowym momentem tego meczu była trzecia kwarta, podczas której Wizards rzucili 26 punktów, nie tracąc przy tym żadnego. Był to moment niesamowitej dominacji: Celtics grali jak kadeci przy zawodnikach z trzeciej ligi, jedna drużyna nagle przestała grać, a druga wykorzystała do granic możliwości nieporadność rywala. Dać sobie rzucić 26 punktów i nie trafić przy tym żadnego? Pomyślałbyś, ze coś takiego może się stać w starciu Warriors z 76ers, a nie w Półfinale Konferencji, jeszcze za sprawą najwyżej rozstawionego zespołu. Wstydźcie się Celtics, oj wstydźcie… Mecz tak naprawdę bez historii. O zwycięstwie gospodarzy zadecydowały straty ekipy Brada Stevensa – po 18 stratach gości Wizards zdobyli aż 34 punkty, trafiając 14 z 19 rzutów.

Motorem napędowym Wizards był jak zwykle John Wall. Rozgrywający miał problemy ze skutecznością na starcie, jednak z biegiem meczu się rozkręcił i był głównym powodem pogromu w trzeciej kwarcie. Ostatecznie skończył z 27 punktami, 12 asystami i 5 przechwytami, a Bradley Beal dodał 29 punktów. Obaj złożyli się na więcej punktów (56) niż cała pierwsza piątka Celtics (48).

Wpływu Marcina Gortata na grę swojego zespołu nie wyczytasz w statystykach: 6 punktów, 7 zbiórek i 3 asysty to na pierwszy rzut oka przeciętny mecz. Jednak Wizards z Gortatem na parkiecie byli aż o 34 punkty lepsi od rywali, a 4 zbiórki Polaka w ataku dawały szansę na dodatkowe posiadania. Jednym słowem, bardzo dobry występ Marcina – good job!

Wydawało się, że to będzie mecz Isaiaha Thomasa. Gracz Celtics trafił pierwsze pięć rzutów za trzy. Rozgrywający miał 17 punktów w pierwsze 15 minut, a tylko dwa przez cały mecz. Celtics zawiedli i mają szansę odbudować się w domu, ale to teraz na nich ciąży presja i to oni są w sytuacji must-win.

W każdym z ośmiu starć tych obu ekip (sezon regularny+ playoffy) wygrywała drużyna grająca na własnym parkiecie. Zatem jeśli Wizards chcą awansować do Finałów Konferencji i grać przeciwko Lebronowi Jamesowi, muszą wygrać co najmniej jeden mecz w TD Garden w Bostonie. Czarodzieje zrobili swoje i wygrali dwa spotkania u siebie, a teraz muszą pokazać, że mogą to zrobić także na boisku rywala. Momentum jest po ich stronie – w końcu to oni zaczęli mecz nr 1 16-0, to oni przegrali mecz nr 2 na własne życzenie po dogrywce. W końcu to oni mieli dwie dominujące wygrane na swoim parkiecie.

Po meczu John Wall mówił: ,,Czuję, że kontrolujemy w tym momencie tę serię. Czujemy, że możemy wygrać w Bostonie. Wiemy, że potrafimy to zrobić”.

Mecz nr 5 w nocy ze środy na czwartek o godzinie 2:00.

(2) Houston Rockets vs (2) San Antonio Spurs 125:104

Tak naprawdę wynik meczów Rockets- Spurs zależy od tego, czy Rakiety będą trafiały za trzy. To oni mogą bardziej przegrać tę serię, niż Spurs wygrać – mają przewagę talentu, więcej strzelców, młodszy i bardziej zbilansowany skład. W tym meczu trafili aż 19 z 43 trójek (44.2%) i skończyło się 21-punktowym pogromem.

Harden, który przez kilka ostatnich dni zmagał się z przeziębieniem, nareszcie zagrał na poziomie, do jakiego nas przyzwyczaił. Lider Rockets miał 28 punktów i 12 asyst, po których jego partnerzy trafili aż 8 trójek, mając łącznie 32 punkty. Aż siedmiu zawodników drużyny gospodarzy miało 10 lub więcej punktów.

https://twitter.com/NBA/status/861412220273610752?ref_src=twsrc%5Etfw&ref_url=http%3A%2F%2Fszostygracz.pl%2F2017%2F05%2F08%2Fwake-up-cavs-wiz-hou%2F

Niestety wygrana Rockets została przyćmiona przez przykrą wiadomość przed meczem. W niedziele rano zmarł dziadek Patricka Beverleya i był to dla niego bardzo trudny mecz.

Najlepszym strzelcem z 17 punktami w ekipie Spurs był Jonathon Simmons, a tylko po 16 dołożyli Kawhi Leonard i LaMarcus Aldridge. Z tak grającymi liderami nie mogą liczyć na wygrane mecze, zwłaszcza na wyjeździe.

Jak zwykle krytyczny Pop:

Seria powraca do San Antonio i to na Spurs ciąży teraz presja. Mecz nr 5 z wtorku na środę o godzinie 2:00.