Dwa z trzech zespołów z przewagą parkietu, Toronto Raptors i Los Angeles Clippers, odpowiedziały w dzisiejszych meczach nr 2 i doprowadziły do wyrównania w swoich seriach. Trzeci zespół, Boston Celtics, niespodziewanie uległ po raz drugi na własnym boisku Chicago Bulls i nagle znalazł się pod ścianą, mając w perspektywie dwa kolejne mecze na wyjeździe.

Bulls aka Bad Boys

Bulls, którzy byli skazani na porażkę, nie dali żadnych szans Celtics, ogrywając ich 111 do 97. Dominowali deski, grali twardo i przede wszystkim skutecznie. Rajon Rondo z 11 punktami, 14 asystami i 9 zbiórkami otarł się o triple doubleNajwięcej punktów w zespole z Chicago zdobyli Jimmy Butler i Dwyane Wade (po 22) i w sumie sześciu podopiecznych Freda Hoiberga zanotowało dwucyfrową zdobycz punktową.

Na pierwszy rzut oka wydaje się, że jest to team, który kompletnie do siebie nie pasuje: trzech samców alfa (w tym dwóch podstarzałych), brak strzelców i do tego trener o wątpliwym doświadczeniu.

Jednak playoffy to czas, w którym sezon regularny jest oddzielany grubą kreską i musisz być po prostu twardym zespołem, a Bulls idealnie wpasowują się w te kryteria : 35-letni Wade to trzykrotny mistrz NBA, który m.in. poprowadził Miami Heat do powrotu z 0-2 w finałach w 2006 roku przeciwko Dallas Mavericks; Rajon Rondo to stary wyjadacz, który w swojej playoffowej wersji nadal ma wiele do zaoferowania; Jimmy Butler, który jako zawodnik dorastał w czasach, gdy Derrick Rose był jeszcze MVP i rozwinął się w jednego z najlepszych graczy na obie strony. Bulls są bardzo twardym teamem, którego wartość wychodzi w takich momentach jak ten.

Celtics jako drużyna są po prostu softStracili to coś, czym porywali kibiców, grając w roli underdogaich zaangażowanie w obronie, walka o każdą bezpańską piłkę i nadrabianie braków umiejętności zwykłą wolą walki – po prostu chcieli bardziej. Wszystko to gdzieś uleciało.

W samej pierwszej połowie mecz nr 1, Bulls mieli 16 zbiórek w ataku (słownie: szesnaście), a Robin Lopez w obu meczach wyglądał jak bóg. Gdybyś nie oglądał koszykówki na bieżąco i widział tylko tę serie, to chodziłbyś po osiedlu, krzycząc, że Robin Lopez to nowe wcielenie Wilta Chamberlaina i szukałbyś jego koszulek z podnieceniem na Ebayu.

Co jest nie tak z Celtics?

Przed playoffami krążyły głosy, że Boston Celtics to najgorszy zespół w historii rozstawiony z nr 1. Jednak nikt nie spodziewał się, że podopieczni Brada Stevensa ulegną w obu spotkaniach w Bostonie.

Al Horford może i jest bardzo wszechstronnym podkoszowym: potrafi rzucić, podać, zablokować, jednak nie ma tej jednej umiejętności, jakiej wymaga się od Twojego podstawowego centra – nie umie zbierać piłki (11 zbiórek w dzisiejszym meczu jest bardzo mylące). Amir Johnson jako zawodnik jest poza serią, Kelly Olynyk nigdy nie należał do elitarnych zbierających i jeśli na początku drugiej połowy w piątce wychodzi Tyler Zeller (kto?), to wiedz, że nie jest dobrze.

Celtics stracili swoją szansę, żeby podczas sezonu pozyskać jakiegoś gracza, który wzmocni ich strefę podkoszową i doda trochę tego tougness. I nie mowię tu nawet o pozyskaniu DeMarcusa Cousina (który bądź co bądź został pozyskany prawie za darmo przez Pelicans), ale czy naprawdę tacy gracze jak Nerlens Noel, Taj Gibson czy nawet PJ Tucker nie mogli trafić do Celtics za np. Terry Roziera i jeden z wyborów w drafcie, których Celtics mają tak dużo? Danny Ainge ma łatkę menedżera, który jest zakochany w swoich zawodnikach i wyborach w drafcie, nie potrafiąc racjonalnie określić ich wartości. Nie mówię tu o pozbywaniu się połowy drużyny za gwiazdę (np. Paul George i Jimmy Butler), tylko o kosmetycznych zmianach, które mogły pomóc Celtics w walce o finały NBA.

Tak czy inaczej Boston Celtics jest we wspaniałej sytuacji na przyszłość. Nawet ta potencjalna przegrana seria z Bullsami nie zmienia wiele w procesie przebudowy. Bo kto spodziewał się 4 lata temu, kiedy miała miejsce wymiana z Brooklyn Nets, że w 2017 roku Celtics będą na pierwszym miejscu w konferencji wschodniej. Miała być długa i bolesna przebudowa przez tankowanie, a jest to dla nich trzecia kolejna wizyta w playoffach. Mało tego, w tym drafcie mają zagwarantowany wybór w pierwszej czwórce nadchodzącego draftu (25% szans na pierwszy wybór), a za rok dostają wybór od Nets, którzy może mieli momenty w tym sezonie, ale możliwe, że znowu będą na dnie ligi.

Celtics na swój sposób zostali skrzywdzeni przez to, że zajęli pierwsze miejsce. Nie byli i nie są najlepszym zespołem na Wschodzie. Ba, nawet nie wiem czy są w czołowej trójce. Cleveland, wiadomo, jest na innym poziomie niż reszta wschodu, ligi (oczywiście poza Warriors). Raptors wydają się być bardziej kompletnym zespołem, który mimo kłopotów liderów ze skutecznością jest w stanie wygrywać mecze swoim atletyzmem, wzrostem i Wizards mają jedną z najlepszych pierwszych piątek, co w obliczu zmniejszającej się roli w playoffach ma podstawowe znaczenie. Masz do wyboru Johna Walla i Isaiaha Thomasa, kogo wybierasz jako podstawę do tworzenia zespołu?

Mimo fenomenalnego sezonu lidera Celtics, jego wzrost jest problematyczny w obronie – ciężko zbudować wokół niego zespół. Paradoksalnie jednak w tych playoffach nie on jest tym słabym ogniwem – problem tkwi we wsparciu ze strony partnerów z drużyny, a raczej jego braku. Z Thomasem na boisku wszystko funkcjonuje dobrze, atak płynie, a obrona jakoś działa. Jednak gdy go nie ma na boisku, nagle wszystko się sypie. Atak jest na naprawdę żenującym poziomie, który nie przystoi do poziomu ligi, jaką jest NBA.

Duży wpływ na postawę Celtics musi mieć też sytuacja z ich liderem, Isaiah Thomasem. Zmaga się on z żałobą po śmiertelnym wypadku siostry, Chyny Thomas. Jego wewnętrzna walka z samym sobą to jedno, ale wpływ tego zdarzenia na pozostałych to inna kwestia. Sami zawodnicy mówią, że nie wiedzą jak mają się zachować w całej tej sytuacji.

Co muszą zrobić Celtics, żeby obrócić tę serię? 

Przede wszystkim zbierać i nie dać się stłamsić na poziomie mentalnym. Bulls wyczuli, że w szeregi Celtics wkradło się zwątpienie i wykorzystują to w najlepszy możliwy sposób. Gracze Bostonu pokazali słabość, co zadziałało jak płachta na byka na zespół stworzony z takich złych charakterów jak Rondo, Wade czy Butler. Podopieczni Brada Stevensa mają ostatni dzwonek, żeby pokazać, że niesłusznie są postrzegani jako jeden z najgorszych zespołów z numerem 1 w historii.

Historia jest przeciwko nim. Zespoły, które przegrały pierwsze dwa mecze w serii do 4 zwycięstw, mają bilans 3-28. Są dopiero drugą drużyną w historii, która jako rozstawiona z #1 przegrała dwa mecze u siebie. W 1993 roku Suns przegrywali 0-2 z Lakers, jednak zdołali wygrać 3-2 (wtedy I runda grana była do 3 zwycięstw) i ostatecznie awansowali do finałów NBA. Czy Celtics zdołają dokonać tego samego?

Thomas, mimo problemów osobistych, musi zagrać jak lider i przede wszystkim pociągnąć za sobą swoich kolegów z drużyny. Celtics mają za zadanie zagrać jak zespół, którym byli przez ostatnich kilka sezonów. Nie jako zbieranina graczy, tylko jak prawdziwi bracia, którzy pójdą za sobą w ogień. Właśnie momenty takie jak te weryfikują, czy dany zespół jest for real, czy jest dobry tylko w sezonie regularnym.

 

Mecz nr 3 o godz. 2 w nocy z piątku na sobotę. Dla Celtics to must-win, od którego zależy przyszłość tego sezonu. Będą walczyli o życie, ale czy zdołają przeciwstawić się Bulls, którzy są w niewątpliwym gazie? Tak czy inaczej możemy spodziewać się twardej, playoffowej gry niezależnie od końcowego wyniku.

  • Tagi