Sobota niby bez hitów, ale jest kilka meczów, na które warto rzucić okiem. Przygotowałem dla Was analizę na cztery sobotnio-niedzielne spotkania. Zaczynamy już o 23:00.

Odbierz bonusy powitalne przygotowane specjalnie dla czytelników Zagranie i wykorzystaj je do obstawiania NBA!

Kod rejestracyjny: 1250

 

Orlando Magic – Utah Jazz (23:00) 

Spotkanie o polskiej godzinie, które jest lepsze, niż Ci się wydaje, a do tego zostanie rozegrane w Meksyku.

Bo tak oto ci nudni Orlando Magic są na ósmym miejscu w Konferencji Wschodniej. Nie wiem, ile to jeszcze potrwa, ale cieszmy się z tego, jak jest. 

Ojciec sukcesu Magików jest jeden – Nikola Vucevic. Przy okazji polecam tę historię. Niewiele zabrakło, żeby Nikola nigdy nie miał okazji na grę w NBA. Na szczęście los chciał inaczej i Vucevic biega razem z najlepszymi. I to z jakim skutkiem. Czarnogórzec zadebiutuje w tym roku w Meczu Gwiazd, a jeśli tak się nie stanie, będę stał na czele komitetu ochrony Vucevicia.  

Vuc jest kozacki i zalicza 20.8 punktów i 11.5 zbiórki. To dzięki niemu Magic są, gdzie są, a na ten moment są w ósemce.  

I teraz jeszcze kilka cyferek. W 10 z 14 ostatnich występów Nikola zdobywał co najmniej 20 punktów. Linia na jego dzisiejsze popisy? 19.5 i nie jest to zbyt wysoko zawieszona poprzeczka. Rudy Gobert ma przeciętny sezon defensywnie, a jego kłopoty z niższymi i bardziej mobilnymi rywalami nie są niczym nowym.  

Rywal Magic? Utah Jazz i to cały czas jest zespół zagadka. Sześć zwycięstw w ostatnich dziesięciu meczach to statystyka, która kompletnie nic nie mówi. Bilans 9-9 na wyjazdach też niewiele pomaga, bo przecież gramy w Meksyku.

Dla mnie to spotkanie to no bet, bo niby kurs na Utah Jazz jest niski (1.45 w forBET) i to oni gładko wygrają, ale no jakoś nie sam wiem. Mnie osobiście zdziwiła linia na sumę punktów obu drużyn – tylko 204.5 punktów.  

Charlotte Hornets – Los Angeles Lakers (1:00) 

Są bariery, których nie jesteśmy w stanie przeskoczyć. Są przeciwnicy, którzy nie jesteśmy w stanie pokonać. Dla Kemby Walkera takim kimś jest LeBron James. Król musi się chyba śnić Kembie po nocach. Powód? Bilans 22-0 dla LeBrona w bezpośrednich starciach + cztery zwycięstwa w playoffach. Łącznie 26-0. Czy znasz dłuższą taką serię w którymś z amerykańskich sportów zawodowych? Jeśli tak, napisz to w komentarzu, będę wdzięczny.  

No i jeżeli LeBronacja ma się utrzymać (wiem, słabe, ale trudno), to kurs na takie coś jest całkiem przyjemny – 1.80 w zakładzie z remisem, 1.70 w zakładzie bez remisu. 

Hornets to kolejny team, który nie powinien istnieć. Nigdy nie zrozumiem, jak można stracić olbrzymią przewagę przeciwko słabej drużynie i do tego jeszcze na własnym parkiecie. A Szerszenie dokonali tego minionej nocy – prowadzili +21 i przegrali z New York Knicks w Charlotte. 

Z Knicks. Serio? 

Będąc przy Walkerze, to ten cały czas nie może wyjść z dołka. Tylko raz w ostatnich dwunastu występach przekroczył 25 punktów, zdobywając choćby 16 w 41 minut przeciwko Knickerbockers. Lakers mają go kim bronić. Lonzo Ball, Josh Hart i KCP to solidna paka na Kembę i przekroczenie linii (24.5) to raczej mało prawdopodobny scenariusz. A i jeszcze jedno – w pojedynkach z LeBronem lider Hornets zalicza mniej niż 20 punktów.  

Detroit Pistons – Boston Celtics (1:00) 

Znowu o Celtics, bo Celtics są bardzo, ale to bardzo w gazie.

Niby osiem zwycięstw z rzędu na średnim terminarzu, ale wygrana to wygrana. Kłopotem przez pierwsze 20 spotkań był atak. Był, bo w ostatnich dziesięciu spotkaniach podopieczni Brada Stevensa tylko raz zdobyli mniej niż 114 punktów. Ale to nie wszystko – w trzech z czterech ostatnich starć Celtics rzucili odpowiednio 133, 113, 130 i 129 punktów, dwukrotnie grając na wyjeździe.  

Minionej nocy do gry wrócił Gordon Hayward i wyglądał bardzo dobrze, uzyskując 19 punktów. I znowu kolektyw jest siłą Bostonu. Choćby przeciwko Hawks aż pięciu zawodników zanotowało 18 punktów lub więcej.  

Linia na gości w forBET? 106.5 punktów i przy ostatnich popisach w ich wykonaniu wydaje się to śmieszną wartością.  

Detroit Pistons to drużyna na szóstkę, ale nie oznacza to nic dobrego. Tłoki przegrały sześć razy z rzędu, tracąc w tych meczach średnio prawie 114 punktów. Atak nie jest w stanie tego nadrobić i skutkiem tego jest zła seria. W całej tej sytuacji nie pomagają kontuzje. Dwane Casey nie może skorzystać z Isha Smitha (generała drugiego garnituru), Glenna Robinsona III i Reggiego Bullocka, chociaż ten ostatni ma dzisiaj wystąpić.  

Celtics potrafią grać w Detroit, to trzeba im oddać. Sześć ostatnich pojedynków w Mo-Town skończyło się tak, że goście pokrywali handicap wystawiony przez buków.  

Tutaj spodziewam się dominacji Andre Drummonda na tablicach w obliczu nieobecności Ala Horforda. Linia na Drummonda jest w punkt (17.5), bo tyle wynosi jego średnia przeciwko Celtics w tym sezonie.  

Innym graczem, na którego warto zwrócić uwagę, jest Marcus Morris. To ten starszy brat bliźniak. Morris odkąd wszedł do pierwszej piątki, odmienił losy zespołu, ale sam też spisuje się kapitalnie. Linia jego punkty jest taka sama jak na Drummonda, jednak on to akurat nie powinien mieć problemu z jej przekroczeniem. Zobacz tylko na jego ostatnie występy: 

  • 31 punktów i 10/15 przeciwko New Orleans Pelicans 
  • 27 punktów i 11/20 z gry przeciwko Washington Wizards 
  • 20 punktów i 7/12 z gry przeciwko Atlancie Hawks w zaledwie 20 minut 

Mecz z Pistons będzie na pewno bardziej wyrównany i Morris Sr spędzi na parkiecie więcej czasu, co powinno wpłynąć na jego zdobycz punktową.  

Zapowiada się fajne spotkanie, chociaż jeśli nie lubisz oglądać gry Blake’a Griffina (ja nie przepadam), to nie polecam.  

San Antonio Spurs – Chicago Bulls (2:30) 

San Antonio Spurs to ten zespół, który skreślisz, ale on i tak nie daje o sobie zapomnieć. Przed chwilą byli done, a w tej chwili mają serię czterech wygranych z rzędu.  

I weź bądź tu mądry.  

Podobnie jest z samym stylem gry ekipy Gregga Popovicha. Zawsze kojarzyliśmy ich ze świetną obroną, prawda? W tym sezonie tak nie jest, bo przyjście DeMara DeRozana i brak jakiegokolwiek specjalisty od krycia zawodników obwodowych, obniżyło pierwszą defensywę do szóstej… od końca. Paradoksalnie to ten archaiczny atak działa dużo lepiej i Spurs znajdują się na 10. lokacie w kategorii efektywności ofensywnej. 

Ostatnie pięć występów to średnio 118.4 punktów, a rywale nie byli wcale tacy słabi: dwa razy Lakers, Jazz, Suns i Clippers.  

Rywalizacja z fatalnymi  i skonfliktowanymi Chicago Bulls pachnie przedłużeniem dobrej passy po atakowanej stronie parkietu. Propozycja forBET? 111.5 punktów, co jest dość niską wartością, jak na formę San Antonio Spurs w ofensywie.