Po dwóch meczach Finałów NBA jesteśmy w tym samym punkcie co rok temu: Warriors zdominowali oba mecze na własnym parkiecie i seria przenosi się teraz do Cleveland. W zeszłorocznym Finale Wojownicy  wygrali dwa pierwsze spotkania łączną różnicą 48 punktów. W tym roku jest teoretycznie lepiej, gdyż Cavs przegrali ,,tylko” 41 punktami. Na pierwszy rzut oka wydaje się, że scenariusz jest bardzo podobny i Cavaliers nadal mają szansę na sukces w tej serii? Ale czy aby na pewno Warriors można pokonać?

W tym roku też jest 0-2, ale wygląda to gorzej dla Lebrona Jamesa i jego zespołu niż rok wcześniej.

W zeszłorocznych Finałach Warriors prowadzili już 3-1 i musieli przypieczętować wygraną na własnym parkiecie w meczu nr 5. I Wojownicy by to zrobili, gdyby nie dyskwalifikacja Draymonda Greena. Zamiast wygranej 4-1, skończyło się 3-4. Cavaliers przejęli kontrolę nad serią i nawet powrót Greena nie był w stanie przywrócić ekipie z Golden State pewności siebie. Warriors przegrali, mimo że byli na tyle dobrą drużyną, żeby wygrać zeszłoroczne Finały.

Ale teraz są jeszcze lepsi.

Do drużyny, która wygrała 73 spotkania regularnego i była o krok od zdobycia mistrzostwa dołączył Kevin Durant. Wiesz, to się wydaje praktycznie nieuczciwe. Drużyna, która była praktycznie jednym z lepszych zespołów w historii, miała być jeszcze lepsza. I jest. To tak, jakby teraz Leo Messi dołączył do Realu Madryt. Ilość talentu w tym zespole jest po prostu nieprawdopodobna. W jednej drużynie gra czterech z 20, a może nawet 15 najlepszych graczy ligi. Każdy z nich mógłby praktycznie być gwiazdą w każdym innym zespole. Ale Curry, Durant Green i Thompson są w jednym zespole.

I nie jest to dobra wiadomość dla Cavaliers.

W playoffach, gdzie rotacje są węższe i starterzy grają duże minuty posiadanie kilku gwiazd, ma fundamentalne znaczenie. Będąc Stevem Kerrem, możesz mieć na parkiecie przez pełne 48 minut jednego z dwójki Durant/Curry. Każdy z nich może kreować z powodzeniem atak i zdobywać seryjnie punkty. Nawet grając z samymi rezerwowymi Curry, czy Durant są w stanie cały czas puntkować. A trzeba jeszcze pamiętać, że w składzie mają Klaya Thompsona i Draymonda Greena. Steve Kerr ma dwóch elitarnych graczy, których może dowolnie łączyć ze świetnym strzelcem i obrońcą, jakim jest Thompson oraz Greenem, który może grać jako rozgrywający, a do tego jest przyszłym zdobywcą nagrody dla Obrońcy Roku. Piękne jest życie Steve’a Kerra… No może poza jego bólem pleców.

Po dołączeniu Duranta do Warriors padały zarzuty, że że ich rotacja jest za krótka, że stracili swoją głębię itd. Ale wszystko ma swoje dobre i złe strony. Czy aby na pewno zeszłoroczni zawodnicy mieli tak dużą wartość?

W tegorocznej serii nie zobaczysz już takich graczy pod koszem jak Anderson Varejao, czy Festus Ezeli.  Pamiętasz o tym, że były gracz Cleveland Cavaliers, który był wówczas jako zawodnik Warriors, grał niecałe 9 minut w meczu nr 7? Zawodnik, który powinien być w Chinach albo w na parkietach naszej PLK gra minuty w Finałach NBA?! Do tego dolicz sobie 10 minut Festusa Ezeliego i masz prawie 19 minut gry dwoma zawodnikami, którzy nic nie wnoszą do gry. Obaj złożyli się na 1 punkt, 1 zbiórkę, 2 asysty i 5 fauli, a Warrriors z nimi na parkiecie byli łącznie -18. Varejao bardziej występował jako pomoc dla swojego byłego zespołu (Cavaliers) niż rzeczywiste wsparcie dla ekipy z Golden State.

Teoretycznie nie wydaje się, żeby Warriors wzmocnili się na pozycji centra. Zaza Pachulia to solidny podkoszowy, ale bez żadnego błysku. Stary David West? Czy może Javale McGee, którego boiskowe IQ jest bardzo często podważane?

Ale zobacz, co robi Zaza z Tristanem Thompsonem. Gdzie w tej serii jest Thompson? Co by nie powiedzieć o Gruzinie, to jest silny jak dzik. Do tego West, który jest piekielnie mocny fizycznie, twardy, a do tego potrafi jeszcze rzucić punkty z półdystansu. Nawet McGee zaczął wyglądać jak zawodnik NBA. Nie patrzy się na niego przez pryzmat jego głupich zagrań, tylko przez jego rzeczywistą wartość na parkiecie. A taki zawodnik, któremu można rzucić piłkę w okolicach obręczy i złapie każde podanie, to idealny fit dla Warriors.

Jednak najwięcej na pozycji środkowego gra Draymond Green. Line-up śmierci opiera się właśnie na jego wszechstronności w obronie. Green mimo niskiego wzrostu może kryć z powodzeniem centrów, ale też nie ma problemu, żeby kryć graczy obwodowych. Taki gracz to skarb.

W ostatnim meczu Steve Kerr pokazał coś nowego. W obliczu czterech fauli Draymonda Greena na 8 minut do końca trzeciej kwarty na pozycji centra grał Kevin Durant. I przynosiło to efekty.

No i do tego Harrison Barnes. W kontekście zeszłorocznych Finałów głównie mówi się o tym, że Steph Curry przegrał pojedynek z Irvingiem, dyskwalifikacji Greena i fenomenalnej serii Lebrona. Ale poza meczem przerwy Greena, którego brak obrócił serię na rzecz Cavs, moim zdaniem główną przyczyną choke’u Warriors jest Harrison Barnes. Czy gdyby trafił więcej niż 2 na 22 z gry w meczach numer 5 i 6 to Wojownicy by wygrali? Czy Barnes rzucając więcej niż 1 trójkę z 11 prób, pomógłby zespołowi? Mając taką ilość otwartych trójek, kiedy Twój rywal jest praktycznie pod koszem, nie możesz tak pudłować. Doszło nawet do tego, że Cavaliers go bezczelnie zostawiali w rogu. Wiedzieli, że i tak nie trafi. Co się działo w głowie Barnesa, to aż strach pomyśleć.

Barnesa zastąpił Kevin Durant, którego na pewno nie możesz zostawić samego w rogu.

James nie może odpoczywać w obronie na Barnesie. Widać było wczoraj pod koniec trzeciej kwarty, że Król jest po prostu zmęczony. Krycie Kevina Duranta, a do tego bardzo szybkie tempo tego meczu pokazuje, że nawet James jest człowiekiem.

W meczu nr 2 Cavaliers wymusili 20 strat Warriors, a przegrali i tak dziewiętnastoma punktami. Jak przeciwstawić się tak silnej drużynie? Ta drużyna może być tak dobra, że nawet wielki Lebron James nie zdoła przeciwstawić się tej sile.

Do tego Warriors są nakręcani przez zeszłoroczną porażkę. Wiedzą, że prowadzenie 2-0, a nawet 3-1 nic nie znaczy. Dopóki nie wygrałeś czterech meczów, nadal nie możesz czuć się jako zwycięzca. W NBA nie dostaję się trofeum za prawie wygranie Finałów. Widać, że Steph Curry  i Kevin Durant, a co za tym idzie reszta drużyny bardzo chcą wygrać. I nie ma co się im dziwić.

Mecz nr 3 w Cleveland jest meczem o życie dla Cavs w tej serii. Jeśli przegrają, to będą przegrywać już 0-3. Żaden zespół w historii NBA nie odrobił takiej straty. Lebron James i spółka raz dokonali niemożliwego. Ale czy mając naprzeciwko siebie tegoroczną wersję Golden State Warriors, mogą to zrobić?